Świat bez kresu
jezus jest zajebisty, mówi ojciec marek,
jak oberwanie chmury albo jeszcze bardziej.
z nauczycielem reli nie zgadza się prowincjał zakonu,
według niego jezus nie jest zajebisty.
ja myślę, że jest. może nawet bardziej niż zidane
albo najnowszy model porsche.
bo z iphone szedłby pewnie łeb w łeb.
popieram, mówi o ojcu marku stryjek z miasta,
bębniąc palcami po świeżym obrusie.
ale matka obrzuca go nieprzyjaznym spojrzeniem.
ty bydź lepiej cicho, mówi matka
i wyciąga z futerału na łyżki swoich dwunastu
apostołów



Widać, że Poeta (zajebisty zresztą Poeta) śledzi najnowsze trendy metafizyczne i wie, jakie Objawienie nastąpi w ciągu kilkunastu godzin. W połączeniu z jedwabistą frazą i intrygującą metaforyką sprawia to, że Poezja Poety stanowi doskonałą propozycję na długie letnie wieczory
Jeśli katecheci twierdzą, że na religii trzeba przemycać(!) porządne wartości, to chyba faktycznie koniec religii jest bliski.
Co druga wypowiedź z tego artykułu woła o pomstę do nieba (sic!).
Ehh… dobrze że w 2012 świat się kończy.
Dru - ty zawsze taki zasadniczy - wyluzuj stary, przecież już w 2012 kończy się świat
No nie wiem, ja słyszłem, że dopiero w 2017…
Ale myślę, że tu nie tyle o przemycanie chodzi, co o próbę minimalnego choćby zainteresowania młodzieży kwestiami wiary… co jest bronią obosieczną… nie mają lekko…
PS
Grzesiu, czy w tym pierwszym komentarzu to Ty trochę nie ironizujesz? Hę? przecie letnie wieczory są krótkie…
Ciuteniek ironizowałem
Ale to z sympatii.
A tych prób “minimalnego zainteresowania kwestiami wiary” to ja zupełnie nie rozumiem - mówiąc potocznie jak kogoś te kwestię “walą” to będą go “walić” tak czy inaczej. Ja oczywiście nie mam w tych sprawach wiele do powiedzenia ale wydaje mi się, że przeżycia religijnego nie da się reklamować…
P.S. Jak ty ładnie do mnie mówisz
Grzesiu
tak sobie myślę, że każdy człowiek jest (będzie) zainteresowany kwestiami wiary pod warunkiem, że mu się tego nie wciska i nie przemyca.
Problem wiary jest problemem duchowości człowieka i już samo mówienie o konieczności wiary jest pewnym naciskiem. Myślę, że można mieć dobrze rozwiązaną kwestię własnej duchowości nie wierząc. W ogóle ciężko rozmawiać o wyborze wiara-niewiara, ale o tym to już wielokrotnie rozmawialiśmy.
Gdyby więc ten zajebisty ksiądz Marek przesunął akcent nauczania z indoktrynacji ważnymi wartościami na rozmowy o duchowości człowieka nagle mógłby przestać być przemytnikiem, a zostać normalnym człowiekiem.
Ale to wybór księży, niech się sami z tym męczą.
Jak dla mnie wszystko rozbija się o archaiczny język. Treści są takie same. Powinien zmienić się język, którym te treści przekazujemy. Bo zainteresować ludzi kwestiami wiary można, ale trzeba umieć to zrobić.
Można to oczywiście zrobić metodą kaznodziei i walić wszystko między oczy, a tych którzy nie załapią walić po głowie. W ten sposób działała właśnie katechetka w szkole, w której uczyłem. Przedstawianie tematów w stylu “wszyscy jesteśmy grzesznikami”, czy “Szóste przykazanie nie cudzołóż” ośmiolatkom wymaga naprawdę dużych umiejętności. Ona ich nie mając kazała się dzieciom uczyć większości na pamięć. W ten sposób nie tworzymy naprawdę wierzących wiernych.
Można też mówić, że Jezus jest zajebisty i właśnie przemycić te informacje za pomocą języka, którego używają młodzi ludzie.
Zamiast mówić ośmiolatkowi, że Jezus jest dobry i nas wszystkich kocha, można przecież powiedzieć, że Jezus jest fajny, bo chce nam pomóc. Bądźmy więc jak Jezus i pomagajmy innym. (Mówię to jako laik w kwestiach wiary. Wiem, że trywializuję)
Trzeba po prostu wrzucić granat i tym wszystkim wstrząsnąć. To kto będzie następnym Lutrem?
Niezależnie od tego, że istnieją “genetycznie niewierzący” :), fakty są takie, iz psychicznie człowiek jest taki sam jak 500 lat temu, więc to “zainteresowywanie” ma jednak sens. Gdyż wiara jest w znacznej mierze zjawiskiem społecznym i socjologicznym i tak jak można komuś wmówić, że nowa pralka jest mu konieczna do życia, tak można go też naprowadzić na inne postrzeganie religii. Bo ci niewirzący, jak i naprawdę wierzący, stanowią zdecydowaną mniejszość, zaś cała reszta idzie ze społecznymi i kulturowymi prądami. Więc postawa tego katechety jest próbą zamieszania w tej płynacej leniwie (i w “złym” kierunku) rzece. Z tym że jest to dość grząski grunt, gdyż właśnie bardzo łatwo w ten sposób sprowadzić owego Jezusa do jakiegoś idola czy kogoś w tym rodzaju.
Jeśli idzie o Lutra to wydaje mi się, że czas prawdziwych rewolucji juz się skończył. Społeczna dynamika rządzi się swoimi prawami, dziś już, głównie za sprawą technologii, względnie autonomicznymi. Na małą skalę mozna to jeszcze moderować, ale jakiś globalnych rewolucji raczej się nie spodziewam. Jeśli nurt tej rzeki się zmieni, to pewnie ze wzgledu na jakieś jej wewnętrzne właściwości i prawa, z których możemy nie zdawać sobie sprawy.
A jak dotrze do morza, nie zostanie nam nic innego, jak zostać marynarzami…
Hoko, Twój punkt widzenia jest jak najbardziej słuszny, a fakty które przytaczasz również i mi wydają się prawdziwe.
Ja patrzę jednak na sprawę z punktu widzenia nauczania. To co robi ksiądz marek to niemalże reklama podprogowa Jezusa. To co według mnie powinien robić (jak i szkoła) to dbać o duchowy rozwój człowieka. Każdy człowiek powinien pracować nad swoją duchowością i szkoła/ksiądz powinni mu w tym pomagać, a jeśli nie widzi w tym sensu to ktoś powinien mu pomóc go zobaczyć.
To co robi ten ksiądz różni się jedynie od działania księży którym słowo ‘zajebisty’ nie przejdzie przez usta, tylko technikami sprzedaży.
Myślę, że jeżeli księża zaczęli by rozmawiać o wierze bez nachalności i promocji Kościelnego Porządku Świata to było by to z korzyścią dla wszystkich.
Ale to dopiero byłaby rewolucja.
Dru’ - Księża nie mogą rozmawiać bez promocji KPŚ - nie zapominaj, że dla nich to Prawda. Jeśli się zna Prawdę, to nawet z najbardziej liberalnym sercem nie można nie promować i nie być nachalnym…
No wiem, wiem. Dlatego uważam, że byłaby to rewolucja i myślę nawet, że (paradoksalnie) z korzyścią dla Kościoła. Poza tym jestem przekonany, że w sprawach dogmatycznych, co do których kięża i wierni oficjalnie nie mają (prawa mieć) wątpliwości, większość księży wewnętrznie wątpi, z tym że nie mają z kim otwarcie o tych wątpliwościach porozmawiać. I tym sposobem wiara ludzka idzie swoją drogą, a administracja kościelna tworzy świat, który nie przystaje do rzeczywistości i staje się wewnętrznie pusty.
Znowu zaczynamy rozmawiać o czymś o czym ja nie mam pojęcia, ale powiem tak - zawsze mi się wydawało, że jeżeli uwierzyłbym, to zrobiłbym to z całym dobrodziejstwem inwentarza. Z dogmatami, ślubami czystości i innymi takimi… Do dziś wydaje mi się, że gdyby mnie coś takiego spotkało to poszedłbym do zakonu jakiegoś, czy coś… i nie miałbym wątpliwości - a jeślibym je miał, to wiedziałbym, że nie ja je mam tylko jakiś Zły mi je podsuwa. Może to tak działa?
Wybacz Hoko - nie uczestniczę w tej dyskusji, bo nie mam o niej zielonego pojęcia. Sorry. Pzdr.
Torlin: nie ma sprawy
Komerski: wydaje mi się, że takie właśnie podejście reprezentują młodzi chętni, tak własnie sobie to przedstawiają. Ale z czasem zauważają, że jednak zycie rządzi sie swoimi prawami, że nie zawsze można zamknąć oczy i zwalic winę na Złego. Istnieje pewnie jakaś część dogmatyków trwających w swych młodzieńczych wizjach, jednak ci, którzy potrafią zdobyc się na refleksję, wcześniej czy później dosrzegają braki koherencji systemu, w którym uczestniczą. I stąd np. odejscia księży - w Polsce ostatnio kilka spektakularnych “rezygnacji”, zaś tych mniej spektakularnych, duchownych szeregowych, jest pewnie znacznie więcej. A dotyczy to nie tylko duchownych, lecz i wiernych.
Ale jednym z aspektów religii jest wiara w cuda - i hierarchia bez wątpienia wierzy w cuda, zwłaszcza w cud, który spowoduje utrzymanie sie Kościoła w sytuacji, gdy żadne racjonalne przesłanki za tym nie przemawiają… Ojciec Marek zdaje się az tak łatwowierny nie jest i postanowił na biego wydarzeń wpływać… empirycznie…
Hoku pociagnij to dalej! Wyjdzie nowy O’haryzm- O Jezu Kryste.
Komerski, miej litość nade mną, ja nie chcę iść do zakonu.

Samych wersji chrześcijaństwa jest tyle, że jeśli chciałbyś w każdej odmianie spędzić rok dla gruntownego zapoznania się, to na nic innego nie starczyło by ci w życiu czasu. A jak byś wiedział, gdybyś uwierzył, który zestaw dogmatów wybrać skoro każdy z nich wygląda na całkiem prawdopodobny? Katolicy, luteranie, kalwini, mariawici, prawosławni, chaldejczycy, anglikanie, polskokatolicy…
Hoko: Pytanie poza głównym wątkiem. Jako że ty oczytanym człowiekiem jesteś, powiedz czy ‘choroba’ może mieć współcześnie jakieś metafizyczne znaczenie i czy w ogóle można ją metafizycznie rozważać? Czymże ta ‘choroba’ w metafizycznym sensie mogła by być?
au: no wiesz co, ja się miałem za klasyka, a Ty mi tu z o’haryzmem…
Ale może i pociągnę, czemu nie, tylko musi się nadarzyć jakiś nowy nius do skomentowania.
dru: nie bardzo rozumiem, o co Ci chodzi
- gdybyś mógł uszczegółowić… w każdym razie dzisiaj metafizyka jako taka nie ma większego znaczenia. Hm, tylko znowu kwestia definicji - bo filozoficznie metafizyka to tyle co ontologia (teoria bytu) i nie wiem, czy to miałeś na myśli. Dziś przez metafizyke romumie się często jakieś bezsensowne bajdolenia itp. Więc więcej szczegółów proszę 
Dru, a może chodzi Ci o chorobę jako dopust boży?
Żebym ja to wiedział o co mi chodzi.
Prowadzę dyskusję z pewnym księdzem prowadzącym blog kazania.wordpress.com (i kilka innych). Nie wpiszę posta pod którym toczy się owa dyskusja, co by się pingback nie zrobił, ale jeśli wpiszesz w googlach ‘zło – byt czy brak w bycie?’ powinieneś na nią od razu trafić.
Ksiądz ów twierdzi że można rozważać ‘chorobę’ jako jakieś zjawisko metafizyczne, coś jak brak dobra. Ja tam żadnej metafizyki w chorobie nie widzę. No i nie wiem czy to ja mam jakieś straszne braki w wiedzy, czy on pisze co mu do głowy wpadnie.
W tym ujęciu choroba jest pewną manifestacją zjawiska ogólniejszego, a mianowicie cierpienia. Rozważać chorobę jako to czy tamto oczywiście można - w końcu w kulturach prymitywnych rozważano ją jako skutek czarów. Jak ktoś ma potrzebę, może rozważać wszystko we wszystkim i rady na to nie ma. Co najwyżej można takiego metafizykującego gościa odesłać do “Traktatu” Wittgensteina - ale on, jak ten zakochany, i tak nic pewnie nie pojmie :). całe te rozważania nie wychodzą z “szukania wytłumaczenia rzeczywistości”, lecz z potrzeby uzgodnienia z tą rzeczywistością częstokroć wewnętrznie sprzecznych prawd wiary.
Na temat zła napisano (wymetafizykowano…) całe tomy i zło jako brak dobra to tylko jeden z pomysłów (nie pamiętam już czyj). Tu się absolutnie nic nie da udowodnić, wszystko jest kwestią przekonania.
PS
Powiedz mu, że nie jesteś materialistycznym redukcjonistą, tylko emergentnym monistą…
PS2
Spytaj go o metafizyka imieniem Sedes z Bakelitu…
[…] to wszystko widzi i nic nie mówi. (…) STEFAN: Na początku było słowo, a na końcu świat bez kresu […]