Środek przekazu jest przekazem

Wgłębiając się w McLuhana koncepcję środków przekazu zacząłem snuć domysły, gdzie w takim ujęciu należałoby umiejscowić Internet - medium, które w tekstach McLuhana można uznać za przeczuwane, ale którego konkretyzacja nastąpiła już po śmierci autora Galaktyki Gutenberga.

Ściśle rzecz biorąc, chodziło mi, raz, o podział na “gorące” i “zimne” środki przekazu, a dwa, o zawartą w tytule myśl, wedle której środek przekazu sam jest przekazem, forma komunikatu sama jest komunikatem - a więc oddziaływanie danego medium na odbiorców wynika już z samej jego konstrukcji formalno-technicznej, z pominięciem przekazywanych przezeń “zewnętrznych” treści.

I szczerze mówiąc, zamiarem moim pierwotnym było właśnie pospekulowanie na ten temat. Jednakże w trakcie “spekulowania wstępnego” doszedłem do wniosku, iż najpierw muszę sobie myśl McLuhana ułożyć w jakieś systematyczne ramy - i to, co poniżej, jest tego układania pewnym skrótem.

mcluhanProblem tkwi bowiem już w samym charakterze, sposobie przedstawiania problemu, jaki prezentuje McLuhan. Nawet jeśli jest to sposób mieszczący się w kanonach tego, co skłonni byśmy byli nazwać dyskursem naukowym, to jednak nosi on wyraźne piętno osobistego podejścia autora, w tym również i niejakiego profetyzmu. Jest to sposób na wskroś literacki: aluzyjny, metaforyczny, z licznymi odwołaniami do literatury, z kontrapunktycznym rozrzuceniem uzupełniających się tez na całej przestrzeni dzieła. Zresztą, i trzeba to zaznaczyć, właśnie owa profetyczność jest jednym z czynników, którym myśl McLuhana zawdzięcza swoje powodzenie. Jako że o ile w przypadku myśli jasnej i klarownej od razu możemy wykazać błędność czy nieścisłość rozumowania, o tyle tutaj, ze wzglęu właśnie na ową niezupełność i wieloznaczność (które to cechy poparte są z drugiej strony giętkim i narzucającym się stylem pisania) ulegamy pokusie, by z McLuhanowych proroctw wybrać te, które się w taki czy inny sposób sprawdzają, zaś nieścisłości złożyć na karb błędnego zrozumienia metafor; bądź też reinterpretujemy nie wzięte w systematyczne karby sformułowania tak, by odpowiadały naszym bieżącym potrzebom. Z tąd też nie jest wcale oczywistym, że gdy dwóch mówi o McLuhanie, to mówi o tym samym. I - oczywiście - moje tezy to również swoista interpretacja Pisma.

Gorący środek [przekazu] to taki - pisze McLuhan - który przedłuża pojedynczy zmysł z “wysoką rozdzielczością”. Wysoka rozdzielczość to stan silnego nasycenia danymi.

Gdy jednak dowiadujemy się, które z mediów autor uważa za zimne, a które za gorące, ich zestawienie z powyższą definicją skutkuje niejakim rozdźwiękiem z naszymi, zdawałoby się oczywistymi intuicjami. Media zimne to telewizja, telefon, hieroglif (pismo piktograficzne, obrazkowe); gorącymi są natomiast pismo alfabetyczne (a co za tym idzie druk, książki, prasa), film, radio.

Kultury prymitywne to kultury zimne, zaś uprzemysłowiony świat Zachodu ma być kulturą gorącą. Z pewnym zastrzeżeniem wszakże: gorącość jest atrybutem świata mechanizacji, świata druku, prasy, radia. Natomiast świat zelektryfikowany i zautomatyzowany, świat nowoczesnej elektrotechniki to świat zimny. Jego symbolem jest telewizja. I jest to świat, do którego Zachód zmierza - elektrotechnika (dziś należałoby mówić raczej o elektronice i informatyce) i automatyka mają być powrotem do plemienności.

Sens powyższego jest nieco zagmatwany i trudny do uchwycenia. Intuicyjnie to telewizję właśnie skłonni bylibyśmy uznać za środek przekazu gorący, a, dajmy na to, książkę - za zimny. Oddziaływanie środka przekazu wiąże się nie tyle z przenoszonymi treściami, co z jego technicznymi właściwościami. Telewizja jest medium o niskiej rozdzielczości (a więc zimnym) w sensie technicznym. Jednak, co McLuhan zauważa, wraz z technicznym udoskonalaniem aparatury telewizja mogłaby stać się medium gorącym - tak jak film. Książka w oprawie twardej jest medium gorącym, ale ta sama książka w oprawie miękkiej zaczyna być “zimna”. A jednocześnie skutki, jakie dane medium wywołuje, zależą od “temperatury” kultury, w której przyszło mu oddziaływać. Ten sam środek przekazu może więc generować skutki tak zimne, jak i gorące, w zależności od kulurowego kontekstu.

***

Oglądając archiwalne filmy z okresu rządów Hitlera, dziwiłem się zawsze powodzeniu, jakie ten człowiek zyskiwał wśród mas: mały, krzykliwy, nad wyraz emfatyczny, sparawiał na mnie wrażenie razczej jakiegoś klowna, jakiegoś półwariata, prowincjonalnego watażki, który gdzieś przypadkiem napatoczył się przed kamerę. I dopiero lektura McLuhana uświadomiła mi, że tamte czasy, czasy Hitlera, to były czasy radia - nie telewizji, której istnienie i dominację dzisiaj uznajemy za coś oczywistego. Te nieliczne zachowane filmy to tylko niewielki wycinek faszystowskiej propagandy - a i one oddziaływały na masy nie poprzez telewizję, lecz właśnie poprzez film wyświetlany w kinie.

To, że Hitler w ogóle doszedł do władzy, było bezpośrednim skutkiem oddziaływania radia i urządzeń nagłaśniających. Nie oznacza to wcale, że media te skutecznie przekazywały jego opinie Niemcom. Przemyślenia Hitlera były bowiem mało ważne. Radio umożliwiło pierwszą potężną implozję elektroniczną - ten zwrot w całej orientacji i znaczeniu w piśmiennej zachodniej cywilizacji. Dla ludzi plemiennych, tych, dla których cała egzystencja społeczna jest przedłużeniem życia rodzinnego, odbiór przekazu radiowego pozostanie gwałtownym doświadczeniem.

Na naszym, polskim gruncie “efektu radia” doświadczamy na przykładzie rozgłośni o. Rydzyka. Można się zastanowić, czy gdyby Rydzyk miał na starcie większe możliwości i swoich adeptów mógł od razu wrbować przy pomocy telewizji, to czy udałoby mu się osiągnąć to, co osiągnął. Telewizja, nawet zmonopolizowana przez taki czy inny światopogląd, ma silną tendencję do homogenizacji przekazu. Już sam fakt oddziaływania wzrokowego prowadzi do pewnej dekonspiracji, do rozproszenia uwagi, do mniejszej identyfikacji z przekazem. A właśnie ta identyfikacja była podstawowym motorem napędzającym działania Radia Maryja.

Chodzi właśnie o tę bezośredniość radia. Osobiste doświadczenie. Odbierana podświadomie głębia radia jest naładowana rozbrzmiewającymi odgłosami plemiennych rogów i starożytnych bębnów. Tkwi to w istocie tego środka przekazu, z jego siłą przekształcania psychiki i społeczeństwa w jedną kabinę pogłosową.

Z “magią radia” nie mogą konkurować też gorące środki przekazu oparte na druku - książka i prasa.

Gdy siedzimy i rozmawiamy w ciemnym pokoju, wypowiadane słowa nagle nabierają nowego znaczenia i różnego zabarwienia. (…) Wszystkie te właściwości związane z gestami, z których zadrukowana strona ogałaca język, powracają w ciemności i w radiu.

W przypadku Radia Maryja dodatkowym czynnikiem scalającym tworzącą się społeczność były aspekty czysto techniczne. Rozgłośnia startowała w okresie przebudowy polskiego etru. Najpierw była słabo słyszalna ze wzgledu na niewielką ilość i moc nadajników, potem nastąpiło przejście z pasma OIRT na częstotliwości wyższe. Słuchacze RM, w przeważającej mierze ludzie starsi, nie byli w stanie sprostać problemom technicznym. Spowodowało to powstanie całego rynku usług skupiających się na tych zagadnieniach: serwisów przestrajających odbiorniki, sprzedawców oferujących, najczęściej tanie i pośledniej jakości, radia nastrojone od razu na właściwą częstotliwość, wiejskich czy osiedlowych znawców pomagających w uzyskaniu lepszego odbioru. Tak tworzyła się sieć nieformalnych powiązań, budząca w ludziach poczucie uczestnictwa w czymś wyjątkowym. Do tego dochodziły jeszcze rozmaite socjotechniczne sztuczki zawarte w ramówce rozgłośni.

Oczywiście podstawową przyczyną uformowania się radiomaryjnego ruchu były uwarunkowania społeczne: istnienie stosukowo dużej grupy ludzi zawiedzionych ustrojową transformacją, a często i wykluczonych ze społecznego dyskursu; był to obszar niezagospodarowany i niejako gotowy do wzięcia. Jednak fakt, że ludzie ci zostali skupienie w ruch o tak dużej intensywności, wydaje się w znacznej mierze wynikać z użytego środka przekazu. Poniekąd uwidoczniło sie to po starcie telewizji Trwam - samo to zdarzenie większego społecznego oddźwięku nie miało i dopiero wykorzystanie tej rozgłośni do walki politycznej pozwoliło jej wypłynąć na wody szersze niż istniejąca już wcześniej, a oparta na radiu, parareligijna sekta.

W powyższym kontekście można się zastanowić nad obecnymi zmianami w radiu publicznym, nad próbą uczynienia z programu pierwszego (kosztem pozostałych) głównego medium propagandowego obecnej władzy. Medium Rydzyka, tak ze wzgędu na utrwalony w społecznej świadomości wizerunek instytucji skrajnej i zamknietej, jak i z powodu niemożności pogodzenia dwóch autorytaryzmów, Kaczyńskich i Rydzykowego, nie bardzo nadaje się do tego celu. Trudno powiedzieć, czy partyjni decydenci podejmowali tę decyzję świadomie - w końcu, na oko, lepszym środkiem propagandowym wydawałby się być któryś z programów telewizyjnych. Mogły zdecydować zagadnienia techniczno-logistyczne takiej operacji, znacznie łatwiejszej do przeprowadzenia w radio. Ale mogło być również i tak, że władza wyciągnęła wnioski z sukcesu Radia Maryja - nawet bez znajomości koncepcji McLuhana.

Czy nie warto zastanowić się nad tym, że radio powinno być w szczególny sposób zestrojone z tym prymitywnym przedłużeniem naszego ośrodkowego układu nerwowego, z tym tubylczym środkiem masowego przekazu, jakim jest język narodowy? Skrzyżowanie tych dwóch najbliższych człowiekowi i najpotężniejszych ludzkich technologii musiało nadać naszemu doświadczeniu pewien niezwykły nowy kształt. Sprawdziło sie to w wypadku Hitlera, lunatyka. Czyżby pozbawiony kultury plemiennej i wykształcony Zachód sądził, że na trwałe uodpornił sie na plemienną magię radia?

***

Media gorące, twierdzi McLuhan, nie pozostawiają odbiorcy wiele do uzupełnienia, przez co wywołują słabe zaangażowanie w przekazywaną treść. Media zimne z kolei zmuszają do zaangażowania i do uzupełniania. Teza ta na pierwszy rzut oka stoi w sprzeczności z tym, co powiedziane było wcześniej. Radio, środek przekazu gorący, swoją moc zdaje się zawdzięczać właśnie zaangażowaniu odbiorcy. Paradoks jest jednak pozorny. Albowiem środek przekazu jest przekazem: zaangażowanie odbiorcy w środek przekazu skutkuje zmniejszeniem zaangażowania - rozumianym tutaj jako bezrefleksyjność - w treść, jaką medium przekazuje - i, w konsekwencji, powoduje bezkrytyczne owej treści przyjmowanie. Zimny srodek przekazu, jak telewizja, zostawia więcej miejsca na interpretację.

Ta klasyfikacja stanie się być może nieco jaśniejsza, gdy w miejsce rozróżnienia gorące - zimne, wprowadzimy podział na media o dużym i małym stopniu homogenizacji przekazu (nie będzie to co prawda analogia zupełna, ale poglądowo bardzo użyteczna). Duża homogenizacja będzie tu odpowiadać “zimności”, mała zaś “gorącości”. W pierwszym przypadku - telewizji czy pisma obrazkowego - mamy do czynienia z wieloznacznością lub niekompletnością przekazu, pewne rzeczy musimy więc sami dopowiedzieć, osobiście - i niezależnie od medium - do nich się ustosunkować. Mus dopowiedzenia sobie pewnych rzeczy jest tu swoistym “angażowaniem się” (które to angażowanie może oczywiście przebiegać na rozmaitych płaszczyznach - również na płaszczyźnie banalnego serialu telewizyjnego).

Zaś w przypadku radia czy pisma alfabetycznego, mediów “konkretnych”, o małym stopniu homogenizacji, niewiele pozostaje do dodania od siebie (nie tyle w sensie treści, co w sensie “godzenia się na treść”). Przekaz albo w całości przyjmujemy, albo w całości odrzucamy, niewiele jest tu miejsca na kompromis.

A jak w tym kontekście wypada “gorąca” książka w twardej oprawie i “zimna” w oprawie miękkiej? Z początku zupełnie tego rozróżnienia nie chwytałem. Ale zamknijmy oczy i wyobraźmy sobie bibliotekę albo księgarnię: najpierw taką, w której znajdują się tylko tomy w twardych solidnych oprawach. Stoją na półkach, leżą na stołach. Każdy tom to jakaś historia czy opowieść, jakaś zamknieta i ograniczona z obu stron całość. Całość konkretna i dotykalna, odrębny i częstokroć hermetyczny świat zamkniety w słowach, zdaniach i akapitach.

Tymczasem gdy na tych samych półkach i stołach znajdziemy książki w miękkich oprawach, te lekkie sklejane broszury, te niemalże periodyki, przez które przechodzimy jak przez codzienną gazetę w drodze do pracy, w przerwie między zajęciami, a nieraz nawet i przed kupieniem - w księgarni, otóż to wszystko nie są już światy, lecz świat jeden, to już nie biblioteka czy księgarnia z tysiącem tomów, lecz jeden olbrzymi tom, jedna wielka powieść w odcinkach. I tylko dla zwykłej wygody czytającego księgę tę podzielono na mniejsze i poręczniejsze części.

To skomasowanie, już nawet nie tylko rozmaitych treści, ale wręcz rozmaitych środków przekazu w jednym, swoje apogeum osiąga w Internecie. Książka, film, radio, telewizja, poczta, ba, nawet mowa, wepchniete do jednego worka i powiązane wzajemnymi relacjami tworzą oto odrębne i niezależne medium. Ale o tym za czas jakiś.

Wszystkie cytaty pochodzą z Marshalla McLuhana Zrozumieć media. Wydawnictwa Naukowo-Techniczne 2004.
Obraz: York Wilson: Marshall McLuhan, Abstract Portrait.

18 Responses to “Środek przekazu jest przekazem”

  • komerski : : 07-05-2007 :: 22:09

    Nie do końca rozumiem Hoko twoje rozterki. Próbujesz bowiem moim zdaniem dostosować aparat pojęciowy wiatraka do opisania elektrowni atomowej. Dychotomia McLuhana jest o tyle tylko jeszcze stosowalna, że i Internet i TV - dwa główne media naszych czasów nie są zimne ani gorące (dzisiejsza TV to nie TV z McLuhana, wystarczy wspomnieć programy typu Idol). Co więcej - TV zostanie niedługo wchłonięta przez Internet - na placu boju ostaną się gazety i radio - a i one cierpią na nowotwór nowoczesności i chwilę potem znikną, Co wtedy? Czy medialny amalgamat netowo-telewizyjny będzie zimny czy gorący? Bzdura! McLuhan w ogóle to dziadek i to już w momencie pisania. Wieszczem nowoczesnych mediów jest - wiem, zachowuję się niepoprawnie tak często o nim pisząc - jest Benjamin ze swoimi analizami gazet. Ale do naszej sytuacji przystaje o tyle bardziej, że wyrwany ze swoich paryskich pasaży i rzucony w świat gazet czuł się bardziej jak my wyrwani sprzed TV i rzuceni przed monitory niż McLuhan wyrwany sprzed TV i rzucony przed TV.
    Mogłem oczywiście napisać po prostu, że McLuhan wg mnie operuje przestarzałymi kategoriami, ale jakoś nie miałem ochoty :)

  • dru' : : 08-05-2007 :: 10:18

    McLuchan należy do autorów, których zawsze chciałem poczytać, ale nigdy mi się nie chciało. :) Z tego co napisałeś Hoko to zaczynam się zastanawiać czy warto.
    Ujawniając zwyczajowo swój emocjonalny stosunek do tematu to napiszę szczerze że “nie łapię” McLuchanowego podziału na media zimne i gorące. Do radia i TV mam taki sam stosunek: wyłączam jak tylko nikt nie słucha lub nie ogląda. Jednego i drugiego po prostu nie lubię.
    Żeby nie ustawiać się na “nie” od razu, wyobraziłem sobie Twoją bibliotekę z książkami i półka z encyklopedią wielotomową wydaje mi się bardziej jednolita (pod względem przekazu) od półki pełnej różnokolorowych książek w miękkiej oprawie. Gazeta kontra “Book of Kells” może…

    Wg mnie radio jako medium jest prostsze w obsłudze dla nadawcy: łatwiej głosem „namalować” wszystko to czego w przekazie brakuje. Możesz sobie być brzydkim, antypatycznym małym kurduplem ale Twój głos może mówić coś innego. Hitler w radiu jawił się pewnie jak umięśniony wysoki blondyn. Telewizja i książka wymagają już dodatkowych specjalistycznych umiejętności aby nadrobić to co w radiu domalowuje sobie nadawca z odbiorcą. Jeśli więc Twój odbiorca chce usłyszeć że jest tak jak mówisz (Świat jest zły ale ja was uratuję) to na podstawie słów i głosu zrobi z Ciebie bohatera.

  • Hoko : : 08-05-2007 :: 14:07

    Komerski: moje zdanie jest odwrotne: to właśnie dopiero dziś koncepcje McLuhana stają się jasne - i wciąż aktualne. Przede wszystkim programy typu Idol nic tu nie mają do rzeczy: koncepcja McLuhana opiera się na formie srodka przekazu, a nie na treści, jakie ten środek serwuje. Zmiana w tv (w aspekcie McLuhanowym) dokonuje się o tyle, o ile przekaz telewizyjny doskonali się w sensie czysto technicznym, ewolucja treści to rzecz inna i odrębna.
    I moim zdaniem radio i gazety również znikną w Internecie - pewnie nawet wcześniej niż telewizja, bo ich przeniesienie wiąże się z mniejszymi kosztami technologicznymi - ja juz słucham radia w internecie, gazet nie kupuję, telwizji nie oglądam. :)
    Czy ten amalgamat będzie zimny czy gorący, to się dopiero namyślę ;) - w każdym razie “zimność” i “gorącość” są pewnymi definicjami pewnego systemu pojęciowego - i moim zdaniem system jest całkiem nieźle sprecyzowany (znacznie lepiej niż większość systemów folozoficznych). Kategorie McLuhana mogą się wydawać przestarzałe, ale nawet jeśli tak, to są one skonstruowane w taki sposób, iż doskonale dają się transponować na współczesność. W każdym razie przykład Hitlera przekonuje mnie. Myślę że Rydzyk sukces też zawdzięcza właśnie radiu jako środkowi przekazu.

    I o ile McLuhana mógłbym nazwać profetystą epistemologicznym, to Benjamin jest moim zdaniem profetystą metafizycznym. Czytałem go dość dawno, ale z tego co pamiętam, jego tezy były cokolwiek spowite w mgiełkę romantyzmu. Owszem w porównaniu do mcLuhana mozna je uznać za konkretne - jednak, jak dla mnie, to właśnie McLuhan jest konkretny, tyle że ta konkretność jest zatopiona - całkiem swiadomie - w morzu lterackiej narracji (nic nie poradzę, uwielbiam kontrapunkty i nidopowiedzenia…)

    Druidh: nie wyobrażj sobie encyklopedii tylko odrębne książki :)
    Co do radia poniekąd można to i tak ująć - myślę np. że gdybyśmy żyli w czasach radia, to R. Giertych byłby znacznie bardziej popularny. A tak, wystarczy spojrzeć…
    A poczytać McLuhana warto na pewno bardziej niż dowolną “popularną” powieśc :)

  • komerski : : 09-05-2007 :: 22:18

    Z tą literackością i romantyzmem to chyba mamy w meczu McLuhan - Benjamin remis 1:1. Masz też pewnie rację co do wchłonięcia radia i prasy przez sieć, chociaż z gazetami akurat byłbym ostrożny. W najgorszym wypadku upadną na końcu - czyli wtedy, kiedy sieć będzie już na wskroś mobilna i będzie sobie ją można bez setek kłopotów czytać np na plaży.

  • dru' : : 10-05-2007 :: 08:59

    @komerski: Czyli niedługo… :)
    @Hoko: Czy Ulisses jest powieścią popularną? ;)

  • Hoko : : 11-05-2007 :: 11:49

    Co do gazet - jak i książek - to moim zdaniem jest to przede wszystkim kwestia techniczna: na monitorze wciąż czyta się, delikatnie mówiąc, niezabardzo. Podejrzewam, że gdyby nagle ktoś wynalazł monitor zapewniający taki komfort jak biały (i nieświecący!) papier, to znakomita większość tego, co pisane, w ciągu paru lat przeszłaby na dystrybucję elektroniczną - bo takie rozwiązanie miałoby same zalety (może poza kwestią praw autorskich, ale i to będzie się musiało z czasem unormować). Jesli o mnie chodzi, to bez żadnych skrupułów wymieniłbvym swoje książki na elektroniczne - byle czytanie nie męczyło wzroku. Wszystko zmieściłoby się na jednej płycie, byłoby więc zawsze pod ręką, a i z wyszukaniem odpowiedniego fragmentu nie byłoby takich problemów. Oczywiście istnieją “konserwatyści”, więc jakaś tam część słowa pisanego by się przez czas pewien ostała, ale chyba nie za długo - choćby z uwagi na koszta, większe zawsze w przypadku produkcji ekskluzywnej czy niszowej.

    Druidh: Ulisses jest powieścią, o której wszyscy słyszeli, ale prawie nikt jej nie przeczytał… :) Więc jest powieścią sławną, ale nie popularną.

  • dru' : : 12-05-2007 :: 17:58

    Tak. Jeśli ktoś z Was coś podobnego wynalazł albo zamierza wynaleźć niech da znać, chętnie się zamienię. Kumpel dawno temu mówił że jeden z koncernów pracuje nad materiałem (chyba miał coś wspólnego z plazmą) który przypominał by wyglądem gazetę. Wkładasz chipa i czarno-białe gluty układają się w literki.

    Przyznam że (jak pewnie każdy) zabrałem się za Ulissesa z wielkim zapałem. Niezwykły i fascynujący ale potwornie męczy. Utknąłem jak Bloom robi kupkę. Tak o nim często piszesz że coraz częściej mam ochotę do niego wrócić. Z założenia uwielbiam wszystko co irlandzkie. :)

  • Hoko : : 13-05-2007 :: 10:32

    Miejsce w sam raz do utknięcia! :D Chociaż jeśli idzie o fabułę, to do tego miejsca nie ma jeszcze nic naprawdę męczącego… najciekawsze dopiero przed Tobą…

  • dru' : : 14-05-2007 :: 21:37

    Chcesz mnie odstraszyć. :-) A ja czułem się jak bohater, bo przedarłem się przez 100 stron.

  • Artur : : 28-12-2007 :: 16:26

    Czy dla McLuhana treść jest nieistotna? Wiemy, że jest nieskuteczna jeżeli chodzi o kształtowanie postaw ludzkich a nawet fałszuje charakter środka. Czy liczy się tylko i wyłącznie medium?

  • Hoko : : 29-12-2007 :: 16:02

    To trochę nie tak. Treść jest istotna, lecz tą treścią jest u McLuhana właśnie samo medium, jego forma. Treść to znaczenie. I znaczenie przenoszone jest nie tylko “na falach” takiego czy innego medium, lecz samo medium jest znaczeniem, które oddziałuje na odbiorców.

  • Niektowsjerom : : 21-02-2008 :: 09:18

    Witam! McLuhanowi zarzucano często, że ignorując przekaz, niejako go usprawiedliwia. Odwoływano się do poruszanego tu już przykładu Hitlera. Odpowiadał wtedy, że to nie jest tak, że treść nie ma znaczenia - ma, ale niewątpliwie drugorzędne, wtórne. Pytał retorycznie: “Why hale the effects of media, whether speech, writing, photography or radio, been overlooked by social observers through the past 3500 years of the western world?” (Hot & Cool, 1968). Poddawał w wątpliwość dotychczasowe podejście badawcze, koncentrujące się na przekazie. Zwrócić należy jednocześnie uwagę na to JAK McLuhan definiował “medium”; skłonny był utożsamiać to pojęcie z pojęciem techniki w ogóle - np. dla niego pieniądz, czy mieszkanie również były środkami przekazu. I jeszcze jedna osobista uwaga - koncepcja zimnych i gorących środków przekazu jest jedną z najmniej dopracowanych jego myśli, najmniej spójna, bywa, że sam Uczony jest nieprecyzyjny i niekonsekwentny. Ale jak to pisze o McLuhanie jeden z blogerów: “Na szczęście jego prace to bezpieczne źródło odniesienia, bo nikt ich nigdy nie zrozumiał” (http://twentynineninetynine.wordpress.com/2006/01/14/multimedia-as-far-as-im-concerned-its-reading-with-the-radio-on/) :)

  • Hoko : : 21-02-2008 :: 09:59

    Pieniądz, mieszkanie, ubiór - i w zasadzie wszystko, w czym może się manifestować informacja. I dzisiaj specjaliści od reklamy i rozmaitych pr-ów wiedzą o tym aż nadto dobrze; te techniki były zresztą uzywane jeszcze pzed McLuhanem, on je tylko jako pierwszy opisał.
    Jesli idzie o “zimne-gorące” to ja bym tu widział nie tyle niedopracowanie koncepcji, co pewną naturalną wieloznaczność takiego ujęcia. To jest ujęcie kontekstowe, wnioski zależeć będą zawsze od tego, jak i gdzie spojrzymy - to samo medium może być i zimne, i gorące, w zależności od kontekstu, w jakim jest ujmowane. Zaś luzie chcieliby to mieć czarno na białym i w tym cały problem. :)

  • Niektowsjerom : : 21-02-2008 :: 10:20

    I tak, i nie. Błogosławieństwo i przekleństwo koncepcji McLuhana polega, jak słusznie tu już wskazano, na “wskroś literackim” sposobie jego myślenia. Eco nazywał to logiką “cogito interruptus” - łączeniem nauki, prorokowania i wizjonerstwa (Semiologia życia codziennego, 1996). Dla mnie McLuhan był (jest) przedstawicielem post-intelgencji, złośliwi mogli by rzecz pop-inteligencji. Hasła, slogany, niedopowiedzenia, a w dużej ilości przypadków niemożność zrozumenia w ogóle - oto obraz “późnego”, “dojrzałego” McLuhana (dla odróżnienia choćby wczesnych tekstów w “Explorations”). To sprawia trudność, ale stanowi wyzwanie. Popieram przekonanie, że McLuhana warto (a może i należy) czytać, zgłębiać. Pamiętajmy jednak, że sam uczony był skłonny do zmiany swego stanowiska podczas rozmowy z kimś kto zadał mu właściwe pytanie, czy ujął go argumentacją. Pytajmy McLuhana! PS. Broniłbym się jednak przed usprawiedliwianiem McLuhana poprzez twierdzenie, że jeśli coś ze sobą nie gra o wina “pewnej naturalnej wiloznaczności takiego ujęcia”. Nigdy nie szkodziła mu krytyka, dobrze sobie z nią radził, bo i miał szacunek do innych poglądów.

  • Jolinek51 : : 21-02-2008 :: 11:17

    “semiologia” skądś znam to słowo :D

  • Hoko : : 22-02-2008 :: 12:47

    No, proweniencja “semiologii” jest nie wiele mniej wieloznaczna niż koncepcje McLuhana :)

    Niektowsjerom,
    oczywiście, że u McLuhana wiele “nie gra” z powodu niedopracowania, jest tu odciśnięte “piętno profetysty”, jednak myślę, że od tej wieloznaczności nie da się uciec, to nie jest tylko domena McLuhana. Nauki społeczne są taką czy inną wieloznacznością i względnością naznaczone, tylko nie zawsze jest ona widoczna wprost.
    Ja osobście ten “literacki” styl bardzo lubię, czyta mi się to doskonale :)

  • Arthiel : : 28-03-2008 :: 11:59

    Witam serdecznie!
    Co do samego artykułu nie będę się wypowiadał ponieważ za mało znam jeszcze temat ale chciałbym uaktualnić nieco Panów wiadomości na temat obecnych technologii.
    Tak zwany e-papier czyli medium elektroniczne o właściwościach ergonomicznych papieru (nie emituje światła ale tak jak papier jedynie je odbija) jest w sprzedaży od 2005 roku :) Od pewnego czasu seryjnie produkowane są już kolorowe wyświetlacze (które często są zwijane i nie zajmują po złożeniu więcej miejsca niż powiedzmy podwójnie gruby długopis). Jednak technologii e-papieru jest conajmniej 3 wiodące i znacznie się od siebie różnią i wszystkie koncerny utrzymują, że cały czas podlegają one rozwojowi. Wg. mnie jednak e-papier jest wciąż mało popularny głównie dlatego, że jakby nie było - samo czytanie jest coraz mniej popularne… co mnie przeraża.
    Zainteresowanych odsyłam do stron iRex (Iliad) lub Sony (Librie (sic!)) lub firmy E-Ink.
    Pozdrawiam

  • Hoko : : 29-03-2008 :: 18:36

    No to dlaczego ja jeszcze nie noszę biblioteki w kieszeni? ;) Czytanie czytaniem, myślę jednak, że wielu by z chęcią się przestawiło - choćby w lekturze prasy codziennej (ja na pewno!). Nie miałem z takimi wyświetlaczami kontaktu, ale podejrzewam, że trochę im jednak do papieru brakuje. Tak czy siak, zaczynam już zbierać po Internecie pozycje do wirtualnej biblioteczki, za czas jakis będzie jak znalazł - oby jak najszybciej. :)

Dodaj komentarz

obrazy
Komentowane
foma: Zapachy
zeen: Zapachy
Allla: Zapachy
komerski: Zapachy
Torlin: Zapachy
Hoko: Zapachy
komerski: Zapachy
Allla: Zapachy

* * *