Snopowiązałka
Bizony poszły w ruch… Nie, bynajmniej nie będzie to ciąg dalszy filmu Dawno temu na Dzikim Zachodzie ani nawet jakikolwiek inny western. I nie tylko dlatego, że akcja niniejszego wpisu będzie się rozgrywać na wschodnich rubieżach Zjednoczonej Europy (wszak owe bizony mogłyby się okazać naszymi rodzimymi żubrami), ale i stąd, że to nie o te bizony chodzi. I większość Czytelników, sugerując się tytułem, już pewnie się domyśliła. Chociaż dla mnie również powieściowe ogary miały zawsze wydźwięk dwuznaczny i, nie wiedzieć czemu, w pierwszym, tym najbardziej pierwotnym i podświadomym odruchu naczelne zdanie z Popiołów przywodziło mi na myśl… ogarki. I jako wyobrażenie, pierwszą odruchową wizualizację miałem zawsze grupę ludzi, nocą na skraju lasu, ze świeczkami w rękach… Ale dość niezdrowych skojarzeń.
Bohaterką tego wpisu jest snopowiązałka - mimo że to owe Bizony, czyli kombajny zbożowe, poszły w ruch, bo rozpoczęły się zniwa. O snopowiązałkę trudno już dziś na polu. W Polsce zresztą, ze względu na technologiczne zapóźnienie PRL-u, maszyna ta była tylko krótkim i przejściowym incydentem między kosiarką a kombajnem. Wymyślona jeszcze w XIX w. przez Cyrusa McCormicka (oczywiście w wersji konnej), na Zachodzie zaczęła wychodzić z użytku już w latach osiemdziesiątych minionego stulecia. W Polsce bywała wtedy jeszcze rzadkością i traktowana była jako rarytas i przedmiot marzeń. I jeśli komuś udało się maszynę wynająć do koszenia (gmina miała na stanie kilka sztuk, z czego jedna albo dwie były z reguły sprawne), to był to już dowód obrotności i “chodów” gospodarza. Przyjeżdżało wówczas takie cudo z żółtymi skrzydłami, ciągnięte przez traktor i podziwiane przez gromadkę wiejskich dzieci. Jednak był czas, że trudniej niż o snopowiązałkę było o sznurek do niej. To jednak już rzecz znana i obgadana, jedna z perełek realnego socjalizmu.
![]()
Dziś maszynę można jeszcze zobaczyć tu i ówdzie, rzadziej na polu, częściej gdzieś w rogu podwórza, mało uczęszczanym i zarośniętym chwastami. Ale i te pewnie szybko znikną, jako że złom żelazny dzisiaj w cenie.
Wydaje się, że wraz z nastaniem ery kombajnów skończył się też i postęp w konstruowaniu coraz wymyślniejszych i doskonalszych maszyn do zbioru zboża. Owszem, powstają coraz lepsze, coraz bardziej luksusowe odmiany kombajnów, lecz postęp to już tylko ilościowy, tylko doprowadzanie do perfekcji metod już istniejących. Gdy tymczasem przejście między kolejnymi klasami maszyn: kosiarka- żniwiarka- snopowiązałka- kombajn było procesem wyraźnie stopniowalnym i jakościowym. I szczerze mówiąc, trudno mi sobie wyobrazić kolejny krok na tej drodze: specyfika zbioru zboża i jego przetwarzania w zasadzie zamyka możliwość dalszego postępu. Z czego nauka, że i technologia ma swoje granice, nieraz całkiem banalne.
*
Podziwiałem i ja te malowane na żółto skrzydła snpowiązałek. Ale z czasów jeszcze dawniejszych, może nawet najdawniejszych, jakie tylko pamiętam, przypominają mi się żniwa, przy których nie używano jeszcze maszyn. Kilka postaci ubranych na biało, rytmiczne pociągnięcia kosy z ich charakterystycznym odgłosem, poza tym cisza mącona jedynie świrgotem ptaków. I jakaś niewielka przestrzeń ograniczona ze wszystkich stron ścianami zboża. Bo wówczas ledwo mogłem konkurować wzrostem z jęczmieniem, zaś żyto było niby sięgający obłoków las, jakaś olbrzymia roślina rodem z minionych er. Zadzierałem do góry głowę, by przypatrywać się pochylonym ku ziemi i kiwającym się na wietrze wąsatym kłosom.
W miarę, jak ta wolna od zboża przestrzeń powiększała się, zjawiały się związane snopy, potem stawiane w kupki - mendle. I to była zabawa, bo można było w takiego wejść, schować się, zrobić sobie kryjówkę. A nawet uciąć sobie poobiednią drzemkę, bo obiad, przyniesiony w jakiejś torbie, jadło się wówczs w polu, ażeby zyskać na czasie. Lecz co tamtego cichego i słonecznego dnia mieliśmy do jedzenia, tego już sobie nie przyponę…

*
Obrazki:
1. Snopowiązłka…
2. Pieter Bruegel: Żniwa



Podoba mi się organizacja pracy na ostatnim obrazku - sześć osób mniej więcej robi, a dziesięć pracuje
A snopowiązałka kojarzy mi się właśnie ze “sznurkiem”, “drugim etapem reformy gospodarczej”, “gospodarską wizytą” i “dożynkami”
Widzisz Hoko, nigdy nie można powiedzieć, że rozwój technologiczny się skończył. Jak dotąd było to rozwinięcie jednej koncepcji, ale rozwiazanie może być zupełnie z innej mańki. Tak jak teraz odkurzanie może polegać na podniesieniu kurzu i wymianie całego powietrza w pomieszczeniu.
Może laserowo z satelity?
Znam wioski w których jeszcze dzisiaj nikt kombajnu nie ma. Nie dlatego, że nie wiedzą czym on jest, ale po prostu z braku pieniędzy. Tam więc snopowiązałka jest w powszechnym użyciu w czasie żniw. Tak samo jak ręczna klaprownica w czasie wykopków.
Ramzels: w rejonie, gdzie ja mieszkam, kombajny też posiada niewielu - jednak dostatecznie wielu, by kosząc u innych, wykosić w zasadzie wszystko. To oczywiście wynajmującego kosztuje, ale i tak, uwzględniwszy wszystkie koszta, wychodzi na swoje. A coraz więcej maszyn używanych jest przywożonych z Zachodu (ledwo to jeździ, czasem coś odpadnie, ale jakoś kosi…) i ceny z roku na rok idą w dół. Tylko że jak ktoś ma pięć hektarów, to tak czy siak bardziej mu się opłaca maszyne do koszenia wynająć.
Torlin: obawiam się, że nic z tego. Koszta byłyby zbyt duże
Rozwój technologiczny jako taki się oczywiście nie kończy, ale kończy się dla poszczególnych obszarów, dziedzin. Co najwyżej dana dziedzina może zaniknąć, a jej miejsce zajmie inna. Można sobie wyobrazić przejście do innego sposobu produkowania żywności, które spowoduje, że zboża nie będzie się już siało.
Scena z drugiego obrazka ma w sobie coś swojsko magicznego - tak jak np. święto zbierania winogron w Francji czy Hiszpanii. Ludzie spotykali się i wspólnie celebrowali życiodajny cud natury (wersja trochę naciągana ale jednak coś w tym jest ;)). Rozwój technologii niszczy takie społeczne perełki.
A jeśli chodzi o progres techniczny, to jest on spowodowany lenistwem :> Najgorsze jest jednak to, że gdy jeden człowiek wymyśli coś, co rozwiązuje problem w jakiś sposób (np. kombajn), reszta przyjmuje jego idee jako jedyną słuszną i nie zajmuje się już alternatywnymi, możliwymi wyjściami. I to wg mnie jest największym ograniczeniem rozwoju.
To nie tyle lenistwo, co tzw. “reguła pandy”
Chodzi o to, że jak juz jakieś rozwiązanie się przyjmie, to zachowuje swoją dominującą pozycję nawet jeśli pojawiają się rozwiązania lepsze - np. dlatego, że ludzie juz się don przyzwyczaili, że istnieje juz dla niego jakaś baza logistyczna itd. Znacznie bardziej niż w rolnictwie problem ten jest widoczny np. na rynku oprogramowania komputerowego. Reguła pandy jest też powszechnym zjawiskiem w ewolucji naturalnej - wystarczy że tylko w miarę sprawnie coś działa, a dalsze ulepszenia juz się nie pojawiają, chyba że jako wynalazki przypadkowe.
Hmmm… ciekawe
A skąd wzięła się nazwa tej reguły? :>
I chyba nowe rozwiązania przełamują tą zasadę gdy różnica wydajności między dwoma pomysłami jest znaczna. Szkoda tylko, że te nowsze pomysły które mogłyby być usprawniane ku chwale optymalizacji, giną z braku chęci zajmowania się nimi.
A Teloch pisząc o lenistwie nie miał na myśli tego, że sam postęp techniczny jest efektem wrodzonego nam lenistwa? Na zasadzie - nie chce mi się wstać do TV to wymyślam pilota? Reguła pandy jest logicznie późniejsza - ale i ja ciekaw jestem - skąd nazwa?
Nazwa oczywiście pochodzi od… pandy. A ściśle rzecz biorąc od kciuka pandy, który nie jest palcem, a tylko ukształtowaną odpowiednio kocią nadgarstka - ewolucja po prostu na tym poprzestała, bo panda z takim kciukiem mogła juz przeżyć - mimo że jest jej z tym pewnie niewygodnie
Pojęcie to pojawia się przy roważaniach rozmaitych układów dynamicznych - ewolucji, zachowań społecznych etc. i sprowadza się do faktu, że układy takie zatrzymują się w maksimach lokalnych (a więc o zyskach doraźnych), zaś maksima globalne w zasadzie nie są osiągane.
Z lenistwem bywa różnie; ja np. ciągle myślę, co tu zrobić, żeby nic nie robić… a to strasznie pracochłonne zajęcie
Snopowiązałka to rzeczywiście intrygująca machina, ale miniony wiek przynosi nieco więcej zagadkowych instrumentów. Mnie zafrasował mlewnik. (Horyznty Techniki, 4/1979).
A zamiast myśleć lepiej się zdrzemnąć…
Mlewnik u nas bywa nazywany młynkiem. I faktycznie, że jestem ostatnimi dniami trochę spiący, nawet nie mam siły na kolejny wpis…
PS
Happy, łobuzie, to Twoja aukcja?
Wiesz, mlewnik co prawda można nazwać młynkiem, ale to urządrzenie niemal magiczne. Najciekawsze są te wehikuły jeszcze z XIX w. Ciekawe gdzie można taki nabyć?…
Nie, nie, moja, poza tym zdjęli ją z allegro, gdy doszła do 200 000 zł, ale… : >
ad. mlewnik - człowiek uczy się całe życie.
ad. aukcja - mówicie może o tej aukcji na której sprzedawali primusa inter paresa?
Happy: może razem z jakimś starym młynem…
Komerski: Happy linkuje do tego spod swojego nicka
jhunbgh bg bvbh