Motyle smutki
Niewiele zostało z tych stad, skrzydlatych i kolorowych rojów unoszących się ongiś nad polami, tłukących się gromadnie nad samotną kałużą albo kępą kwiecia. Tylko pojedyncze sztuki zjawiają się tu i ówdzie, z rzadka i przelotnie, samotne barwne plamki…
Najpowszechniejszy niegdyś rusałka pokrzywnik, którego na polach kwitnącej koniczyny było nieraz jakby więcej niż pękato-fioletowych kwiatów, tak pospolity i oczywisty w swojej obecności, że wcale niezauważany – zaś małolata, jakim wówczas byłem, znawcę i kolekcjonera okazów, wręcz doprowadzający do irytacji swoim bezgranicznym nadmiarem – on znikł niemal zupełnie. Dzieje się tak z gatunkami, których jakiś etap rozwoju jest ściśle zależny od określonych uwarunkowań środowiskowych, np. obecności wybranej rośliny czy zaistnienia odpowiednich nisz o skonkretyzowanych parametrach. Chemizacja rolnictwa wpłynęła na te krytyczne wymagania, dziesiątkując gatunki, które wędrowały wśród pól. Gatunki leśne ta hekatomba trochę oszczędziła, a najmniej ucierpiał chyba bielinek kapustnk, który w długich zmaganiach z człowiekiem zdołał się na chemię uodpornić. Ale i ich jakby mniej. I dziś jakiś z paziów czy rusałka żałobnik budzi takie samo zainteresowanie i zaskoczenie, co i pawik, admirał czy cytrynek, motyle niegdyś powszechne i spotykane na każdym kroku.

Moje kolekcje też przepadły w pomroce dziejów. Częściowo za sprawą pozostałych domowników, dla których oglądanie w czasie obiadu przyklejonych na kawałku tektury zasuszonych gąsienic, ciem trupich główek i kosmatych pająków nie było czynnością ani podniecającą, ani pożądaną; to co ocalało, rozproszyło się i zniknęło samo z siebie, poddając się historycznej konieczności, przegrywając w starciu ze znalezionym na jakimś leśnym wysypisku starym telewizorem, w którym tyle było do rozkręcenia i zbadania…
*
Czas jest jak trawa – powiada Mann w Czarodziejskiej górze - nie widać, jak rośnie, aż któregoś dnia okazuje się, że urosła. Ale czas jest też jak te motyle, zostawione i zapomniane w mieniących się nad polami rojach, tak oczywiste w swojej bytności, że prawie niezauważane – aż jakiegoś dnia spostrzegamy, że ich już nie ma.

motyle jak chwile ulotne są ……
To jest naturalne prawo ewolucji. Jakiś czynnik wpłynął na to, że motyle zaczęły ginąć (a raczej dokładniej nie rodziły się), utrzymają się tylko te motyle, które są uodpornione na ten czynnik. I takie pewne swego będą kolejne pokolenia.
Zauważ, że dotyka ten problem dwóch innych, najpospolitszych chyba zwierząt Polski: wróbla i zająca. Kolonie wróbli z wolna się odbudowują.
Na brak wróbli to ja akurat nigdy nie cierpiałem, nie wiem, jak jest w miastach. A żeby odbudowywać, trzeba mieć na czym, motylom raczej nic nie pomoże. Zające tu i ówdzie się pojawiają, ale na razie też ich niewiele.
Pamiętam, że PAK pisał kiedyś u siebie o wiewiórkach. Nawet fotografie załączył. A co to ma wspólnego z omawianym tematem? Ano to, że wiewiórki te pojawiły się i egzystowały w mieście, pomiędzy betonowymi budynkami.
Zatem, tak jak Torlin zauważył - jest to prawo ewolucji. Pytanie tylko, czy naturalnej?
Prawa ewolucji to są trochę inne…
Pokrzywniki zawsze mi się podobały, jak wszelkie inne kolorowe motyle. Szkoda, że ich coraz mniej. A czy ktoś widział w ostatnich czasach np. pazia królowej? Ech…
Za to pokazują się jakieś takie, których wcześniej nie widziałam. Na ostatnim spacerze w lesie spotkałam takiego: mały, biały, z wściekle pomarańczowymi plamami na skrzydłach. Pojęcia nie mam, kto to taki.
W miastach z wróblami rzeczywiście coraz kruszej (przynajmniej w Warszawie). Coraz mniej jest krzewów, więc nie bardzo mają gdzie gniazdować, no i konkurencja ze strony gołębi mocna. Zająca ani motyla nie widziałem od lat, choć to może akurat wina mocno domowego trybu pracy. Aż jutro przejdę się nad Wisłę w poszukiwaniu motyli.
Ale za to za wałem przeciwpowodziowym mieszka obok mnie mnóstwo bażantów.
A trupie główki to każdy chyba przyszpilał…:)
Motylami się nigdy nie zajmowałem, ale ślimaków w słoikach miałem od groma…
Komerski,
a pająki?
Dora,
pazie widuję, na razie jeszcze chyba na nie za wcześnie. Tego z pomarańczowymi końcami skrzydeł też widziałem i jakoś nie przypominam go sobie z dawnych czasów, ale jeszcze sprawdzę w książce, mam gdzieś taką stara księgę i tam przy spotkanych okazach były fajki
Ramzel,
ja hodowałem też kijanki i traszki, tyle że nie w słoikach…
Pierwszy raz muszę Ci Hoko napisać, że się “czepiasz”. Teoria doboru naturalnego jest ewidentną częścią składową teorii Darwina o ewolucji.
http://213.180.130.202/32770,,,,ewolucji_teoria_darwina,haslo.html
Natury się nie da oszukać:

http://pl.youtube.com/watch?v=-FtjAqnA3hM
Doszedłem do wniosku, że napisałem za ostry komentarz. Gdybym mógł, tobym go cofnął. Wybacz!
Hoko: Pająki karmiłem muchami żywemi. Bałem się ich oczywiście już wtedy, ale w tym geście było coś, jakby karmienie złego bożka, przebłagiwanie go ofiarą. Mucha rzucała się w pajęczynie, pająk wyskakiwał do niej, ja odskakiwałem przerażony od pajęczyny, ale za chwilę już zafascynowany oglądałem, jak on te muchy nieszczęsne opakowuje i zabiera ze sobą…
Zajęcy widuję całkiem sporo (nie w mieście, oczywiście), na plagę saren rolnicy w centralnej Małopolsce wręcz narzekają, wróble są chyba w mniejszej masie, za to więcej przylatuje sójek…
Motyle… - hmmm, tych najatrakcyjniejszych nie pamiętam z ostatnich lat, ale też i nie rozglądałam się za nimi zbyt intensywnie… tyle jest do podglądania i do podsłuchiwania gdy człowiek ’się wyrwie’ (ostatnio pasjami fotografuję ślimaki)

Torlinie, pewnie masz sporo racji z doborem, ginięciem, dostosowywaniem się i odpadaniem z biegu dziejów świata, ale żal za pustm miejscem i tak zostaje.
Wróbli mniej, gołębi chyba tyle samo, ale gołębich odchodów jakby ciut mniej, przynajmniej na samochodzie…
Wróbli to ja na moim osiedlu widzę dosyć…
Co było, nie wróci i szaty rozdzierać by próżno
Cóż, każda epoka ma własny porządek i ład
A przecież mi żal
Że na łąkach już nie ma motyli
I jakoś tak jest
Że nie będzie już nigdy
A żal….
zeen, jak Ty poezją potrafisz moją prozę pokazać…
Torlin,
a co ma dobór do zajęcy i motyli? Zresztą cich poulacje zmniejszyły sie z różnych powodów. Przykładem na dobór nmoże być bielinek, bo on się przez lata uodparnia na kolejne trucizny, ale to jest proces powolny, a w przypadku reszty doszło do nagłego załamania ich biosystemów. Tutaj bardzo trudno coś odbudować. Zającom przysłużyły się lisy, które człowiek “doszczepił” przeciwko wściekliźnie i stąd zaczęły się masowo mnożyć. Jak ludzie wreszcie poszli po rozum do głóowy i zaczęli to draństwo odsrzeliwać, to i populacja zajęcy zaczęła się powoli powiększać. Więc jeśli ludzie zrezygnują z uprawy roli, albo przynajmniej ze stosowania oprysków, to i motyle odżyją - póki jeszcze są, bo w pewnym momencie liczebność spada na tyle, że gatunek jest już nie do odbudowania. Ale na rezygnację z upraw razcej się nie zanosi, wręcz przeciwnie, chemizacja będzie się nasilać.
Motylka cytrynka i rusałkę pokrzywnika widziałam w niedzielę w Lesie Kabackim. Kilka tygodni temu w samym centrum Białegostoku był mysikrólik na moim balkonie. Zajęcy na polach mało. A wróble to nie wróble, tylko podobno mazurki… Ech… motyla noga…
U mnie też tylko gołębie. Rozpasani królowie miejskich placów. Nawet im się latać nie chce.
Ciekawi mnie fakt, że nie pojawił się jeszcze naturalny wróg gołębi. A może po prostu człowiek nie może znieść w pobliżu swoich domów bezpańskich kotów i lisów?
Nie tyle motyle…
http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,34862,5190874.html
My Goddess! Hoko, co się stało na idzienowe.info?
Aż się wystraszyłem…
Dru,
zmieniłem grupę docelową…
siamese,
ja też je już u siebie widziałem, ale to pojedyncze sztuki, namiastka tego, co było kiedyś. Wróbli są dwa gatunki - domowe i mazurki właśnie. Te drugie można odróżnić po czarnej plamce na policzku. Ja mam obu pod dostatkiem
Dora,
no, ja u siebie jeszcze łosia nie spotkałem, chyba będę się musiał wybrać do Warszawy
Łosie są w Kampinosie. U mnie na Kabatach tylko sarenki…
Sarenki to i ja mam. Ostatnio się zastanawiałem, co to tak szczeka w lesie, a to koziołek pobekiwał
Z naprawdę dzikich zwierząt to ja mam kota.
Hoko, a co to za grupa docelowa? Piraci czy antropolodzy?
A ja takiego gościa często spotykam w mieście… co on za jeden?… Na pewno jakiś pospolity…
O, o! Dokładnie o tym pisałam… w realu te plamy bardziej pomarańczowe…
Motyle… ech, że mnie nie interesowały jako dziecko. Teraz widzę — także tego białego z pomarańczowym i nie wiem, co to.
Co do innych zwierząt miejskich — są zmiany. Wróbli wydawało mi się, że jest mniej. Teraz jakoś znowu częściej je spotykam (prawdziwe wróble, nie mazurki — tych liczba jest stała i stosunkowo niewielka), choć był okres, że spotkać wróbla było ciężko. Gołębie — no wiadomo, przybyły grzywacze. W mieście i parku różne rzeczy można spotkać — wiewiórkę już Ramzel wspominał (wyniosła się z mojego osiedla, ale w parku wciąż są), pojawiły się sójki, parę lat temu nieobecne. (Także w samym mieście jest ich całkiem sporo.) I od czasu do czasu coś mnie zadziwia — z młodości nie pamiętam kwiczołów, a teraz jest ich u mnie cała gromadka. Podobnie falą pojawiły się kapturki i nawet latają dość liczne po śródmiejskich skwerach. Wszystko się zmienia. I wydaje się, przynajmniej lokalnie, że różnorodność w środowisku wzrasta.
Spoko, ten pomarańczowy to zorzynek rzeżuchowiec
http://commons.wikimedia.org/wiki/Anthocharis_cardamines
PAK
ptaków i ja jakby więcej obserwuję, natomiast jeśli o owady chodzi, to jest zdecydowanie gorzej, nie tylko wśród motyli - ubytek tych ostatnich widać tylko gołym okiem.
Ten motylek to ma świetną nazwę do wymowy dla cudzoziemca…
…i pisownię dla polskiego ucznia
Kiedy sprowadziliśmy się na wieś, któregoś dnia wpadl do ogrodu zając uciekający przed psami. Byl przerażony, bo nie umial się wydostać za plot. Szkoda, że nie widzieliście tej sceny. Ja nawet przeskoczylam żywoplot /o co nigdy w życiu bym się nie podejrzewala,że potrafię/, bo trzeba bylo zwierzakowi zabiec drogę i nakierować go na furtkę otwartą na pola. Po kilkunastu minutach się udalo. Czy wiecie, że we wsi byli zdziwieni naszym wspólczuciem dla biednego zająca - oni go chyba widzieli już w garnku.

Hoko!
Daj spokój, to zwariować można, ten Twój motyl ma swoją stronę w polskiej Wiki
http://pl.wikipedia.org/wiki/Zorzynek_rze%C5%BCuchowiec
i na zdjęciach za każdym razem jest kompletnie inny, 4 zdjęcia, i jakby kompletnie innego motyla. Zastanawiam się, że samica na dole jest inna, a na górze inna.
Ciekawostka przyrodnicza.
Torlin,
nie wiem, czy zauważyłeś, ale ja dałem link do obrazków, a nie do wiki. Zaś samicę na górze widać z boku (spód skrzydeł), na dole - z góry. Każdy motyl wyglada inaczej od spodu, i inaczej z góry, jak nie wierzysz, to sobie jakiegoś złap…
hortensjo,
powoli to podejście zaczyna się zmieniać - niestety głównie za sprawą braku zajęcy…
Odnoszę wrażenie, że te motyle mają brudne nogi….
No i pozują tak jakoś bez uśmiechu, eeeee….
A taki się wczoraj nawinął (namotylił) pod koniec gorczańskiej wędrówki (specjalnie nie podaję nazwy by Torlin mógł się wykazać). Te białe i żółte o trudnych do spamiętania nazwach też były
Swoją drogą widziałem dwa zorzynki wijące się w pętlach wspólnego lotu. I oba były samczykami… A myślałem, że się wybrałem do parku, a nie na paradę równości…
Wczoraj to ja tylko wpadłem na tego (no i bielinki… ale co tam bielinki, zwłaszcza, że nie chciały dobrze pozować):
http://bp2.blogger.com/_2ybxjiD_qJU/SCbEVpDIPxI/AAAAAAAACjA/qrUf21vDbDE/s1600-h/2008_0511SpacerZRudzikiem0113.JPG
Ładny!
A my z a cappellą jeszcze wczoraj poza tym powyższym trafiłyśmy na takich kilka:
http://pl.wikipedia.org/wiki/Rusa%C5%82ka_%C5%BCa%C5%82obnik
Nie chaicły niestety pozować…
Za żałobnikiem to kiedyś ganiałem, oj ganiałem… tego od PAKa z nazwy nie pamiętam, zaś pawik to w tej chwili u mnie jeden z najpowszechniejszych - chociaż też już nie masowy.
A ja nie będę bardzo oryginalny jak powiem, że w niedzielę widziałem cytrynka
http://pl.wikipedia.org/wiki/Listkowiec_cytrynek
A ja motylem byłem

ale utyłem