Mikstura
Jeszcze jeden obraz do objaśnienia. Jacques-Louis David: Portret małżonków. Tym razem nie o nogach będzie, chociaż noga jak się patrzy i na tym obrazie występuje, a w przeciwieństwie do tamtej w proporcjach i kształcie niemal doskonała - jednak żadnemu z Panów naśladowania nie polecam, bo mogliby za coś takiego zostać posądzeni, a może nawet i obici…
Będzie zaś o naczyniach. Te na stole i to na podłodze, obok wspomnianej nogi. Naczynie na stole przypomina syfon, jednak ten wycelowany poziomo kran każe sądzić, że nie do kielicha z niego nalewano…
![]()
No właśnie. Może to być np. flakon z perfumami, wtedy takie ustawienie kranu byłoby celowe. Chyba że z tego pije się jak przez słomkę, a kranik jest po to tylko, by mikstura nie wietrzała. A jakaż to mikstura? No cóż, baniak na podłodze pozwala snuć pewne domysły, jakbym coś podobnego już gdzieś widział… Nawet ta pleciona podstawka z czymś mi się kojarzy, tylko jakoś nie mogę sobie przypomnieć…



A ta panna już taka trochę chybotliwa :> zawiało - musiała się przytrzymać :>
Mam trzy opcje:
1. To naczynie z kranikiem to fajka wodna.
2. Kranik służy do wlewania, nie zaś wylewania.
3. Kranik to odpowietrzacz.
No i rzeczywiście jakaś rurka w tym naczyniu jest. Wydaje się nawet, że coś w nim pływa. Tyle, że przy takiej rozdzielczości nie sposób dostrzec co.
Pogadajmy o tym, czego nie widać…. co się kryje pod peruczkami, warstwami szminek i pudrów….
A pan zrywa się do lotu, pióro już w dłoń ujął…
Pod peruczkami? No wiesz co, zeenie, o takie skłonności Cię nie podejrzewałem…
Ramzel: no, kombinowałem długo nad tymi słojami, ale fajka wodna to mi do głowy nie przyszła
Teloch: i nie dziwota, tam już niewiele w tym naczynku zostało, a baniak też pusty
Bezpośrednio pod dziwnym szklanym naczyniem jest miedziana stopka - a w niej wmontowane jakieś urządzokno… może mały palnik? Podgrzewana ciecz paruje a kranik jest do spuszczania pary / ciśnienia. Lub wypuszcza opary które sprawiają, że para małżonków lepiej się bawi :> Nie wiadomo jakie dziwy w swoich mieszadłach mięli alchemicy :>
Ja tak samo jak Ramzel w pierwszej chwili stawiałem na fajkę wodną. Potem przeczytałem tekst i nie byłem już pewny. Sięgnąłem więc do sieci i okazało się, że rzeczywiście to Hoko miał rację - toto służy do destylacji, i jest (wraz z leżącym na ziemi “baniaczkiem” ) symbolem zainteresowań naukowych pana (a teczka na obrazy symbolizuje zainteresowanie sztuką pani). Małżonkowie to Antoine-Laurent Lavoisier (1743-1794), wielki francuski chemik, odkrywca - o ile dobrze pamiętam - tlenu, a pani, to Marie-Anne Paulze (1758-1836), powiązana z Davidem m.in. tym, że brała u niego lekcje rysunku.
Baniak na podłodze przypomina mi żarówkę, jaka ostatnio wyleciała przy hamowaniu z lampy pociągu. Wyleciała, spadła na podłogę (w pozycję podobną) z silnym brzękiem.
Ale zdziwiłeś mnie z tymi naczyniami. Ja bym się raczej zastanowił nad relacją między małżonkami. Mąż pisze, prawdopodobnie opisuje wyniki badań. Jest praworęczny i w tej ręce ma pióro. A na prawym ramieniu beztrosko opiera się żona. Nigdy nikt mi się nie opierał na prawym ramieniu przy pisaniu (i teraz nie mam kogo o symulację poprosić), nie mogę jednak oprzeć wrażenia, że jej ciężar utrudnia mu pisanie. O koncentracji zagubionej i romantycznym odwrocie od szkiełka i oka, ku uczuciu wydestylowanej małżeńskiej miłości, nie ma co pisać.
PAK słusznie zauważył, że artysta uchwycił małżonków w typowej sytuacji przed śniadaniem. Jestem pełen podziwu dla Waszej spostrzegawczości. Zajrzę za ramę, może tam coś znajdę.
Ależ ona mu właśnie najwyraźniej chce przeszkodzić. A tę nóżkę to on jakoś dziwnie trzyma, i taka ona jakaś cienka… na pierwszy rzut oka myślałam, że to ta pani odkrywa swoją kończynę w czarnej pończosze (trzymając ją równie dziwnie), tylko coś bucik nie taki
Ja to widzę ciut inaczej, ona podeszła do męża i zapytała “Jak ci idzie, kochany?” (Pani Paulze sama była zainteresowana chemią, więc takie pytanie paść mogło.) i kiedy Lavoisier zabierał się do odpowiedzi malarz zawołał ‘Patrzcie, ptaszek’ i nacisnął pstryk!
To powiadacie komerski, że wszedł malarz i pokazał ptaszka…..
To by tłumaczyło niepokój w spojrzeniu małżonka.
Kiedy mieszkałem na 5 piętrze, wpadł był ptaszek przez otwarte okno i próbując się wydostać strącił kilka szklanych drobiazgów aż w końcu przy próbie wydostania sie drugim oknem, które było zamknięte, wyrżnął łebkiem o szybę i padł. Położyłem go na parapecie otwartego, powstrzymałem się od sztucznego oddychania metodą usta - dziób bo ptaszek oddychał i czekałem na powrót przytomności. Jak powróciła to rozpostarła skrzydła i odleciała. Ale szkło było porozrzucane - prawie jak na obrazie.
A ja kiedyś byłam na koncercie pewnej skrzypaczki w sali balowej Zamku w Łańcucie. I przez okno wpadł ptaszek. Biedny, nie wiedział, co ze sobą zrobić. No i wiadomo, na kogo uwaga ogółu się przeniosła - a ptaszek jeszcze bardziej spanikowany latał, latał po sali, wreszcie w desperacji przyleciał do skrzypaczki (która przez cały ten czas nie przestawała grać) i usiadł jej na ramieniu. Ach, co to był za tryl…
Okna i inne kruche przedmioty na szczęście pozostały w całości
A co grali? Bo tak sobie myslę, że mógłbym spróbować zwabić jakiegoś ptaszka
komerski: więc twierdzisz, że oni nic nie pili? Ciekawe… a poza tym to miała być egzegeza osobista a nie oficjalna…
Tu jest obrazek w większej rozdzielczości (chociaż w ciemniejszych barwach):
http://www.wga.hu/art/d/david_j/2/206david.jpg
Zastanawiają mnie blond włosy tej pani - skąd one się biorą…?
I tak apropo, bo mam tu znawców. Jak tego Davida się odmienia? Bo widziałem i “David’a”, a imiona to już cały repertuar: z kreską i bez, “Jacques-Louisa”, “Jacquesa Louisa”, “Jacques Louis Davida” i wreszcie “Jacques’a Louis’a David’a”. Istny magiel
Skoro dopiero ten pan Lavoisier z obrazu odkrył tlen, to czym ludzie wcześniej oddychali?
Zapewne siłą woli…

Ta pani skrzypaczka to była Marina Jaszwili i grała, nomen omen, “Sonatę z diabelskim trylem” Tartiniego
Dobra, to niech tylko wiosna przyjdzie, będę wabił ptaszki do mieszkania
Dru: wcześniej ludzie nie wiedzieli, czym oddychają
Pani Paulze:
– Kochanie.
Lavoisier (ze zwrotem głowy na prawo):
– Tak, gołąbko?
Pani Paulze:
– Starczy tej mikstury i opisów, lepiej zabiorę te kartki, bo obiad będą podawać.
Pani Paulze (nagle):
– O! Pan malarz!
Hoko!
Apostrof daje się tylko po samogłoskach: Hume’a, Apollinaire’a, nigdy po spółgłoskach.
A co do poprzedniej notki, ja nie rozumiem, dlaczego Ty masz takie trudności z moimi linkami. U mnie wchodzą one bezbłędnie. Ten link poświęcony “Ostatniej wieczerzy” jest bardzo fajny, bo można go kadrować i przybliżać, a w tle leci bardzo fajna muzyka.
Torlin: po samogłoskach to ja wiem. Ale “David’a” widziałem, więc pytam.
A z linkiem doszedłem - czegos tam mojej przeglądarce brakuje; albo może coś do adblocka za dużo dodałem
Hoko, na miłość boską! Te ptaszki to będą wabione jako pokarm dla kotów???
A to koty lubią ptaszki? O, takiego eksperymentu jeszcze nie przeprowadzałem
Hoko nie kłam, jak tlenu nie było, to ludzie nie mogli nim oddychać i nie wiedzieć o tym, przecież jakby nie wiedzieli to ten tam na obrazku by tego tlenu nie odkrywał. Czuję się urażony, bo dru’ zadał konkretne pytanie….
zeenie!
Miłością, pełną piersią (jedną) i z przyzwyczajenia.
zeenie: jesli mamy być ściśli, to należy odróżnić “odkrył” od “wynalazł”
A poza tym:
Czy kaczka wie, że jest kaczką?
Dru - Flogistonem oddychali.
Cała reszta + Dru - Jesteście cudowni i moją depresję leczycie. Śliczna historia o skrzypaczce, a dramat PAKa to chyba wystawiać będą jeszcze naszym wnukom.
Co do odmiany to jest to proste: Davida, ale Hume’a. Apostrof się daje po samogłoskach niemych, lub takich, które wymawia się inaczej niż w jęz. pol. Co do jacques-louisa to trzeba wiedzieć, czy to jedno imię, czy dwa. Jeśli dwa to odmieniać oba człony, jeśli jedno, to jeden
Natomiast apostrof nie jest potrzebny wcale
A flogiston to nie był czasem palny?
Aaaaa… to już wiem skąd te fajki wodne!!
Ba Hoko, a kto mówi, że dawniej było łatwiej? Oczywiście, że był palny i to jak jasna cholerna
Ale od tego mamy naukowców i postęp, żeby było coraz lepiej. Lavoisier więc ułatwił ludzkości oddychanie wymyślając tlen - też swoją drogą ze spalaniem wiele wspólnego mający 
Pytasz Hoko skąd u tej damy blond włosy? Wystarzy połączyć ze sobą pewne fakty, które pojawiały się w komentarzach. Ta pani utleniła sobie włosy tlenem wynalezionym przez swego męża.
Ależ Hoko twoja odpowiedź jest błędna.
Popatrzmy na to przez analogię. Gdybyś zanim odkryto, że na ziemi istniały kiedyś dinozaury zapytał jak wyglądał dinozaur, co to jest, albo poprosił o opisanie jak on biega to nikt nie wiedziałby o co ci chodzi. Również nikt nie wiedziałby do czego takiego dinozaura można użyć oraz jak go wykorzystać do jakiegoś celu.
Podobnie jest z tlenem. Skoro nikt nie wiedział co to jest, nikt nie wiedział również jak ten tlen do czegokolwiek wykorzystać oraz w jakim celu mógłby być wykorzystany. Przed odkryciem tlenu oddychanie było więc niemożliwe.
Dru’ —> Może nie tyle niemożliwe, co po prostu niepotrzebne. Może ludzie wcześniej posiadali zdolność fotosyntezy?
dru’ ma rację, więc Hoko stawia kolację….
Ramzel, twoje podejrzenie wydaje się rzucać nowe światło na całą sprawę. W końcu mówi się: “chłop jak dąb”, albo o kobiecie że jest “niczym róża”.
dru’,
nie daj się wpuszczać w maliny….
I nie wolno nam zapomnieć, że istniała wielogatunkowość, o czym Hoko już wcześniej nas poinformował. Dowodem też niech będzie powiedzenie: ‘Długi jak brzoza, a głupi jak koza’.
a mnie zastanawia jak Oni wytrzymali w tej pozie tak długo, że malarz-artysta ich złapał na płótnie …. czy kiedyś ludzie byli bardziej cierpliwi …
… teraz to nawet na zdjęciu kogoś trudno uchwycić tak wszyscy pędza …. 
Może malarz miał fotograficzną pamięć
Dru, nie kombinuj. Jak pojedziesz do egzotycznego kraju i zjesz nieznane Ci zwierzę, a dopiero potem dowiesz się, że nazywa się ono mwe-mwe, to czy to będzie znaczyło, że wcześniej nie zjadłeś mwe-mwe?
Ale ale. Jeżeli zrobiłem coś, co zostanie później zdefiniowane jako przestamstwo, to nie można powiedzieć, że popełniłem przestempstwo. Przecież w tamtej chwili ono nie istniało.
A jeżeli zrobiłem coś, co nie istnieje, to znaczy, że tak naprawdę nic nie zrobiłem? To co z efektami moich czynów? Przecież istnieją i mogą realnie zmienić bieg historii. Skąd się zatem wzięły? Przecież ‘nic nie zrobiłem’.
Ramzel, troszkę metodologii: istnieją rzeczy. Jesli zrobiłeś jakąś rzecz (np. stołek), to nic dziwnego, że ona wcześniej nie istniała. Natomiast zrobienie “stołka, który nie istnieje po zrobieniu” jest wewnętrznie sprzeczne i nie ma w tym nic poza grą słów.
“Przestępstwo” nie jest nazwą własną, nie jest rzeczą. Zaś czy Twój czyn będzie lub nie zakwalifikowany jako przestępstwo, zależy od norm prawnych. Nic nie stoi na przeszkodzie istnieniu prawa działającego wstecz. To że go nie stosujemy jest tylko wynikiem namysłu nad “sprawiedliwością”, a nie skutkiem jakichś nienaruszalnychj norm.
Ze stołkiem sprawa nie jest taka oczywista. Przez całe popołudnie robiłem coś z drewna, wycinałem, zbijałem, ciąłem i szlifowałem, a następnie opowiedziałem tym koledze. On zapytał: ‘A co dokładnie robiłeś?’. Na co ja odpowiedziałem mu: ‘Robiłem stołek’. Gdy zaś pokazałem go koledze on powiedział: ‘Stary nie wiem co to jest ale stołek to to na pewno nie jest.’ I co teraz? Przecież przez tych kilka chwil po zrobieniu byłem zadowolony ze swojej roboty a obok mnie leżał zrobiony stołek. Potem kolega, a może i inni niedoceniając mojej pracy, albo mając jakieś wyjątkowo wygórowanie mniemanie na temat stołków i ich kształtów pozbawili mnie przekonania iż zrobiłem jakiś stołek. Jednym słowem: Zrobiłem stołek, który nie istnieje.
Po drugie Hoko nie mówimy o sytuacji, gdy ktoś inny dowiaduje się, iż to co właśnie zjadł to zwierze o jakim imieniu. Bardziej wskazany w tej sytuacji byłby inny przykład: Siedzimy w buszu w którym nikt jeszcze nie był, jesteśmy głodni i tylko obiad nam na myśli. Nagle zza krzaków coś wyskakuje. Ktoś krzyczy: ‘Co to?’. Ktoś inny: ‘To zwierze.’ Ja wołam: ‘Super! Zwierzęta generalnie się je. Zjedzmy je więc!’ Potem polujemy, zjadamy i jesteśmy najedzeni. Gdyby ktoś na pytanie: ‘Co to?’ odkrzyknął ‘To jakiś toczący się kamień.’ dalej siedzielibyśmy z pustymi brzuchami.
Podobnie jest z tlenem. Nasz badacz odkrył tlen i powiedział: ‘Patrzcie to ma takie i taki właściwości. Można by tym oddychać.’ Mógł przecież omylić się i powiedzieć: ‘Toż to nieprzydatne badziewie jakieś.’ i zamknąć swoje badania w zielonym kuferku, który ma po lewej ręce.
Akurat…

Ale przyznaj, że jestem przekonujący.