Książę Harry
Przeglądając Internet natknąłem się na bulwersującą wiadomość, iż niejaki książę Harry ma wyjechać na poligon do Iraku. Podwładni są ponoć zszokowani, zwłaszcza że przeciwnicy księcia Harry, z Alkaidą na czele, zapowiedzieli akcje dywersyjne. Alkaida ponoć nawet za schwytanie następcy tronu zaoferowała sporą sumkę - aczkolwiek nie okrągłą, więc podejrzewam, że jest to wynik składki, jaką ben Laden zarządził wśród członków i sympatyków stowarzyszenia. Ale mniejsza o to. Otóż ja się niespecjalnie w tych kwestiach orientuję, ale mimo to hasło “książę Harry” jakby z czymś mi się skojarzyło. Ba, z czymś całkiem przyjemnym. I gdy wytężyłem pamięć, przypomniałem sobie - chodzi o, jakże by inaczej, fragment Ulissesa.
Ze stosu na stole wyciągnąłem więc książkę Joyce’a i znalazłem - aczkolwiek okazało się, że to nie książę Harry, lecz lord Harry. Ale to prawie to samo i dla meritum zagadnienia, które będziemy rozpatrywać, ewentualna różnica jest nieistotna. Zacytuję więc kawałek, spory co prawda, ale przyjemniutki i w sam raz na te szurniętowiosenne i długołykendowe dnie - zwłaszcza że przy odrobinie dobrej (albo i złej… ) woli można się w tym tekście doszukać aluzji również nie-książęcych. Oto rzeczony wyjątek z Ulissesa. Przełożył oczywiście Maciej Słomczyński.
(…) Pojmuję cię, powiada pan Dixon. To ten sam byk, którego wysłał na naszą wyspę farmer Mikołaj, najdzielniejszy hodowca bydła z nich wszystkich, ze szmaragdowym pierścieniem w nosie. Prawdę mówisz, powiada pan Vincent przez stół, i bardzo byczo ci się to udało, powiada, a pulchniejszy i potężniejszy byk, powiada, nigdy nie nasrał na koniczynę. Rogi miał okazałe, sierść złocistą, a tak słodkim tchnieniem dymiły jego nozdrza, że kobiety naszej wyspy, porzuciwszy kule niewyrobionego ciasta i wałki, poszły za nim, wieńcząc jego byczą mość girlandami stokrotek. Jeśli o to chodzi, powiada pan Dixon, to przed wysłaniem go tu farmer Mikołaj, który sam był eunuchem, kazał go dokładnie wykastrować całemu kolegium doktórów, nie mających się lepiej niż on sam. A teraz odejd, powiada, i rób wszystko, co mój niemiecki kuzyn lord Harry ci przykaże, a przyjmij błogosławieństwo od farmera, i klepnął go przy tym rozgłośnie po zadzie. To klepnięcie i błogosławieństwo przysłużyły mu się, powiada pan Vincent, bo żeby nadrobić jego braki, wyuczył go sztuczki wartej obu brakujących jaj, tak że dziewica, mężatka, przeorysza i wdowa do dziś dnia potwierdzają, że wolałyby każdego dnia w miesiącu szeptać mu do ucha w ciemnym zakątku stodoły albo być lizanymi po karczku jego długim, świątobliwym językiem, niż pokładać się z najgładszym, najbardziej krzepkim młodym gwałcicielem na którymkolwiek z czterech pól prowincji Irlandii. Na to jeszcze ktoś wtrącił słówko: A ubrali go, powiada, w koronkową koszulkę i haleczkę i w futrem obszywaną pelerynkę i opasali go i dali koronkowe mankiety na pęciny i przycięli mu loczek nad czołem i natarli go całego spermatycznymi olejkami i wybudowali mu stajnie na wszystkich skrzyżowaniach dróg, a wkażdej był złoty żłób pełen najlepszego siana, jakie jest na rynku, aby mógł spać i srać ile dusza zapragnie. W ciągu tego czasu ów Ojciec Wiernych (gdyż tak go nazwali) stał się tak ociężały, że z ledwością umiał dojść do pastwiska. Aby temu zaradzić, nasze przemyślne panie i panienki przynosiły mu paszę w fartuszkach, a gdy tylko napełnił brzucho, stawał dęba, aby ukazać damom swą tajemnicę, i ryczał i muczał w swym byczym języku, a wszystkie biegły za nim. Tak, powiada inny, a tak był rozpieszczony, że nie zezwalał, by w całym kraju rosło co innego jak tylko zielona trawka dla niego (gdyż była to jedyna barwa, w której sobie upodobał), więc na pewnym wzgórzu pośrodku kraju ustawiono tablicę, a na niej były wydrukowane słowa mówiące: W imieniu lorda Harry niechaj żyją ziemi źdźbła zielone. I, powiada pan Dixon, jeśli zwęszył kiedy złodzieja bydła w Roscommon albo w odludziu Connemara, albo rolnika w Sligo, który chciał zasiać choćby odrobinę gorczycy albo woreczek nasion rzepy, natychmiast wpadał w amok i przebiegał pół krainy wypruwając rogami z ziemi, co tylko zasiano, a wszystko z rozkazu lorda Harry. Zła krew ich zalewała początkowo, powiada pan Vincent, a lord Harry klął farmera Mikołaja od wszystkich diabłów i nazwał go starym kurwipankiem, który trzyma siedem zdzir w domu i, zamieszam mu ja w jego sprawach, powiada. Pomogę temu bydlęciu zaznać piekła, powiada, przy pomocy tego znakomitego bykowca, który ojciec mi pozostawił. Ale pewnego wieczora, powiada pan Dixon, gdy lord Harrry czyścił swe królewskie futerko przed udaniem się na przyjęcie po zwycięstwie w zawodach wioślarskich (miał on wiosła jak łopaty, lecz pierwszym punktem regulaminu tych zawodów było, aby inni wiosłowali widłami), odkrył w sobie cudowne podobieństwo do byka, a otworzywszy wytłuszczoną od częstego czytania ulubiona książkę z opowieściami, którą przechowywał w kredensie, znalazł niewątpliwą wiadomość, że jest potomkiem z lewego łoża owego sławnego premiowanego byka Rzymian, Bos Bovum, co w kuchennej łacinie oznacza byczy dyrektor. Potem, powiada pan Vincent, lord Harry wszdził głowę do koryta dla krów w obecności wszystkich swych dworzan, a wyjąwszy ją stamtąd obwieścił im wszystkim swe nowe imię. Później, spływając wodą, ubrał sie w starą bluzkę i spódnicę, które należały do jego babki, i kupił sobie gramatykę byczego języka, aby ją przestudiować, lecz nigdy nie umiał się nauczyć ani jednego słowa z niej, poza pierwszym zaimkiem osobowym, który odpisał wielkimi literami i nauczył sie go na pamięć, a gdy kiedykolwiek udawał sie na przechadzkę, napychał sobie kieszenie kredą, aby wypisywać go na wszystkim, co mu wpadło w oko, na skale albo na stole w herbaciarni, albo na beli bawełn, albo na pływaku od wędki. Krótko mówiąc, on i byk irlandzki szybko zżyli się ze sobą jak dupa z koszulą. Tak, powiada pan Stefan, a koniec był taki, że mężczyźni tej wyspy, widząc, że znikąd nie ma ratunku, gdyż niewdzięczne kobiety były jednomyślne, zbudowali rozległą tratwę, załadowali się na jej pokład z dobytkiem w tobołkach, postawili maszty, obsadzili ludźmi reje, rozwinęli żagiel przedni, zadryfowali, rozpostarli trzy żagle na wietrze, ustawili jej dziób z wiatrem, unieśli kotwicę, położyli ster na bakburtę, wyciągnęli banderę z trupią czaszką, wznieśli potrzykroć trykrotny okrzyk, wypuścili linę garującą, odepchnęli swą krypę i wyruszyli na morze, by ponownie odkryć ląd Ameryki. (…)



po maturze przeczytac ulissesa … koniecznie :]
Tylko nie nastawiaj się od razu na jakieś rewelacje, bo jako całość Ulisses jest dość skomplikowany i dla kogoś nieprzygotowanego może być męczący. Jak czytałem to po raz pierwszy, męczyłem się chyba ze trzy miesiące. Ale to jest książka nie tyle do “przeczytania”, co do “czytania”. I jak juz człowieka wciągnie, to nie ma ratunku…
Wrr! Tylko skończę z Dostojewskim biorę się za Ulissesa! Nie ma tak lekko! …
Dostojewski! Jak ja go kocham! Ale o ile Fiodor to moja wielka miłość to Joyce jest raczej kochanką - namiętnie i z doskoku go pragnę.
Z doskoku… dobre… Ale Ulisses to w sumie bardzo nieprzyzwoita książka, więc się obawiam, że mogę zostać posądzony o demoralizację młodzieży…
Dopiero teraz? Ja myślę, że twoja teczka dawno już “W poszukiwaniu…” grubością przerosła…
Łe! Demoralizacja? Przeca gdyby nie fakt, że niedziela, to już dawno bym do biblioteki zawitała.
A Dostojewski to nawet mnie przerasta. I gdyby nie wrodzona sympatia do literatury rosyjskiej, dawno bym porzuciła nadzieje na dojście do końca…
Harry w sie odmienia : Harry’ego
Chyba, że Harry to nazwisko.
Zerknąłem na wszelki wypadek do książki - i stoi jak byk (
) lorda Harry. Więc ewentualne pretensje proszę zgłaszać do Joyce’a (o!), ewentualnie do Słomczyńskiego. Niestety, obaj są już niedostępni tradycyjnymi środkami… 