Improwizowałem tylko, człowieku…

Znowu fortepian. To Cowley. Sposób, w jaki zasiada do tego, tworzą jedną całość, pełne porozumienie. Ci dręczący szlifierze, którzy rżną skrzypce z okiem na końcu smyczka albo piłują wiolonczelę, są jak ból zęba. Jej wysokie długie chrapanie. Tego wieczora, kiedy byliśmy w loży. Puzon w dole dął jak wieloryb, jakiś inny facet odkręcał blachę pomiędzy aktami, usuwał ślinę. I nogi dyrygenta, bufiaste portki, hopsa hopsa. Dobrze by zrobił kryjąc je.

Hopsa hopsa powóz brzęk brzdęk.

Tylko harfa. Piękny złocisty świetlisty blask. Dziewczyna grała na niej. Rufa pięknego. Sos jest raczej dobry, godny… Złocistego statku. Eryn. Harfa, która raz czy dwa razy. Chłodne dłonie. Ben Howth, rododendrony. Jesteśmy ich harfami. Ja. On. Starzy. Młodzi.

(…)

Połaskotani w mózgi, z płonącymi policzkami, słuchali czując ów przypływ, ów najsłodszy przypływ na skórze w członkach sercu człowieczym duszy kręgosłupie. Bloom skinął na Pata, Pat łysy jest kelnerem, który nie dosłyszy, ach, otwórz mi do baru drzwi. Do baru drzwi. O, tyle. Wystarczy. Pat u drzwi tkwi, wyczekuje, nadsłuchuje w ciszy, gdyż niedosłyszy.

-Smutki me wnet uszły w dal.

W nieruchomym powietrzu głos śpiewał im, niski, nie jako deszcz ani jako liści szelest, ani podobny do głosu smyczków, obojów i klarnetów czy też jakimtam dulcymerów, muskał ich uciszone uszy słowami, a uciszone serce każdego dumało nad życiem jego. Dobrze, dobrze było słychać: wnet smutki ich obu uszły w dal, gdy tylko słuchać zaczęli, gdy raz ujrzeli, stracony Richie i Poldy, łaskę piękności, wysłuchawszy od najbardziej niespodziewanej osoby jej pierwszego łaskawego miękkomiłosnego częstomiłowanego słowa.

(…)

-Lecz był to tylko sen, niestety…

Nadal ma cudowne brzmienie. Powietrze w Cork jest miększe tak jak i akcent. Głupiec! Mógł zarobić morze pieniędzy. Myli słowa. Zamęczył zonę: teraz śpiewa. Ale kto wie? Tylko oni dwoje. Jeśli się nie załamie. Truchcikiem na cmentarz. Jego ręce i nogi też śpiewają. Pije. Nerwy nadmiernie napięte. Musiałby być abstynentem, żeby śpiewać. Zupa a la Jenny Lind: bulion, szałwia, surowe jajka, kwaterka śmietany. Dla baśniowej śmietankowej.

Uczucie wzbiera: powolne, nabrzmiewające. Napęczniałe tętnem. Tak to jest. Ha, dawać! Brać! Tętni, tętni, pulsuje, dumnie wyprostowany.

Słowa? Muzyka? Nie: to, co jest poza nimi.

(…)

Wzleciał ptak, szybował, szybki czysty głos, wzleciawszy na srebrzystą orbitę falował spokojnie, przyspieszając, zwalniając, aby przybyła, nie ciągnij tego za długo długi oddech ma długi oddech długie życie, wzlatując wysoko, wysoko lśniący, płomienny, ukoronowany, wysoko w symbolicznym blasku, wysoko, z niebiańskiej piersi, wysoko, w wysokiej, rozległej jasności, a wszystko wszędzie wzleciało wszystko naokół wszystkiego w bezkreskreskres…

(…)

Właśnie numery, liczby. Kiedy się nad tym zastanowić, to cała muzyka. Dwa pomnożone przez dwa podzielone przez pół równa się dwa razy jeden. Wibracje: to właśnie akordy. Jeden plus dwa plus sześć równa się siedem. Można zrobić, co się zechce, żonglując cyframi. Zawsze stwierdzisz, że to równa się tamtemu. Symetria pod cmentarnym murem. Nie zauważył mojej żałoby. Niewrażliwy. Tylko własny kałdun go obchodzi. Muzykomatematyka. A sądzisz, że słuchasz sfer niebiańskich. Ale przypuśćmy, że powiedziałbyś to tak: Marta, siedem razy dziewięć minus x równa się trzydzieści pięć tysięcy. Nic nie da. Dźwięki mają znaczenie.

Na przykład to, co gra teraz. Improwizuje. Może być czymkolwiek, póki nie usłyszysz słów. Trzeba wsłuchiwać się uważnie. Trudne. Zaczął zupełnie dobrze: później akordy trochę zbłądziły: zagubił się trochę. W workach przez beczki, przez druty kolczaste, bieg z przeszkodami. Rytm tworzy melodię. Problem nastroju, w którym się znajdujesz. Ale zawsze przyjemnie posłuchać. Z wyjątkiem gam w górę i w dół, których się uczą dziewczęta. Dwie naraz u sąsiadów z przeciwka. Powinni wynaleźć do tego nieme pianina. Blumenlied, którą kupiłem dla niej. Nazwa. Grała to powoli, dziewczyna, tego wieczoru, kiedy wracałem do domu, dziewczyna. Wrota stajni przy Cecilia Street. Milly żadnych skłonności. Dziwne, ponieważ my oboje.

Łysy, głuchy Pat wniósł bib, at i pióro. Pat atrament, pióro kładł i bibułę. Pat talerz nóż widelec już wziął. I znikł Pat.

Jest to jedyny język, powiedział pan Dedalus do Bena. Słyszał ich jako chłopiec w Ringabella, Crosshaven, Ringabella, śpiewających swe barkarole. Port w Oueen-stown pełen włoskich statków. Spacerowali, Benie, w blasku księżyca w tych zawadiackich kapeluszach. Śpiewali na głosy. Boże, co za muzyka, Benie. Słyszał jako chłopiec. Cross Ringabella haven księżyrole.

(…)

Migotliwe palce Boba Cowleya znowu zaczęły grać w wysokiej tonacji. Kamie-nicznik ma pierwszeń. Trochę czasu. Długi John. Wielki Ben. Leciuteńko grał, w lekkim, pogodnym, podzwaniającym rytmie dla roztańczonych dam, figlarnych i uśmiechniętych, i dla ich kawalerów, znajomych gentlemenów. Raz: raz, raz, raz: dwa, raz, trzy, czte.

Morze, wiatr, liść, grzmot, wody, krów ryk, targ bydlęcy, koguty, kury nie pieją, węże ssssssyczą. Muzyka jest wszędzie. Drzwi Ruttledge’a: iiii skrzypiące. Nie, to hałas. Gra teraz menueta z Don Giovanniego. Przeróżne stroje dworskie tańczące w zamkowych komnatach. Nędza. Chłopi na zewnątrz. Zzieleniałe zgłodniałe twarze zajadające liście szczawiu. Jakie to ładne. Patrzcie: patrzcie, patrzcie, patrzcie, patrzcie, patrzcie: patrzcie wy na nas.

Mogę wyczuć, że to wesołe. Ale nigdy nie mógłbym tego napisać. Dlaczego? Moja radość jest inną radością. Ale obie są radością. Tak, to musi być radość. Wystarczy muzyka, abyś był. Często myślałem, że jest przygnębiona, póki nie zaczęła podśpiewywać wesoło. Wtedy wiedziałem, że nie.

(…)

Och, spójrzcie, jesteśmy tacy! Muzyka kameralna. Można by grę słów ułożyć. Często myślałem o tym, gdy ona. Akustyka. Podzwania. Puste garnki dźwięczą najgłośniej. Ze względu na akustykę rezonans zmienia się w stosunku do wagi wody i wprost proporcjonalnie do prawa o spadaniu wody. Jak te rapsodie Liszta, węgierskie, cyganookie. Perły. Krople. Deszcz. Klip, klap, klop, klop, kap, kap. Syk. Teraz. Może teraz. Zanim.

Ktoś w drzwi stuk, ktoś w drzwi puk, czy do kwok Paul de Kock, donośnie, rozgłośnie, kukuryku pif paw pawiapawia krzykrzyk. Kukurykukuk.

Stuk.

(…)

Muszę iść, powiedział książę Bloom do księcia Richie. Nie, powiedział Ri-chie. Tak, muszę. Zdobył gdzieś pieniądze. Chce pohulać z tym bólem w grzbiecie. Ile? On widzisłyszy ruch warg. Szyling i dziewięć. Pens dla ciebie. Proszę. Dać mu dwa pensy napiwku. Głuchy zatroskany. Ale być może ma żonę i rodzinę czekającą, aż wyczekujący Patty wróci do domu. Hę hę hę hę. Głuchy poczeka, aż zaczekają.

Lecz zaczekaj. Lecz posłuchaj. Ciemne akordy. Ponununure. Głębokie. Pieczara w mrocznych głębinach ziemi. Złoża rudy. Surowa muzyka.

Głos czasów mrocznych, głos niemiłowania, głos umęczonej ziemi przybliżył się dostojnie, pełen boleści, przybywając z dala, z wierzchołków gór sędziwych, wzywając mężów dzielnych i prawych. Księdza poszukiwał, z nim chciał zamienić słowo.

Stuk.

Baryłton Ben Dollarda. Czyni wszystko, aby to wyrazić. Rechot rozległych trzęsawisk, ni męża, ni księżyca, ni niewiasty. Jeszcze jeden upadek. Robił niegdyś duże interesy na dostawach okrętowych. Pamiętam: liny nasycane żywicą, okrętowe latarnie. Zabrakło dziesięciu tysięcy funtów. Teraz jest w przytułku Iveagh. Pokój numer ten a ten. Piwo Bass numer jeden załatwiło go tak.

(…)

Kukurykurykuryku.

Co myślą, słysząc muzykę? Sposób na chwytanie grzechotników. Ten wieczór, kiedy Michael Gunn dał nam lożę. Strojenie. Szach perski najbardziej to lubił. Przypominało mu to, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Wycierał nos w zasłonę. Może takie obyczaje w jego ojczyźnie. To też muzyka. Nie taka zła, jak się wydaje. Tuturutu. Głos blach wyniosły, ryczące osły. Bezradne kontrabasy z bliznami po bokach. Drzewo muczące krowy. Fortepian otwarta paszcza krokodyla muzyka szczękami szczęka. Drzewo dudni jak Goodwin.

(…)

Wszystko to jest próbą nawiązania rozmowy. Nieprzyjemnie, kiedy się urywa, bo nigdy nie wiadomo dokł. Organy przy Gardiner Street. Stary Glynn pięćdziesiąt funtów rocznie. Niesamowicie musi być tam na chórze, samemu z tymi rejestrami, guzikami i klawiszami. Siedział cały dzień przy organach. Bredził godzinami, mówiąc do siebie albo do tego drugiego faceta, który dmie w miechy. Warczał gniewnie, potem klął z wrzaskiem (powinien mieć watę albo coś innego w tym swoim ach nie chcę, krzyknęła, organie), a potem nagle miękko ni stąd ni zowąd uii drobniutki uii drobniutki powiew wietrzyka.

Wuiii! Wietrzyk powiał iii. A to Blooma malutkie kiszkiii.

(…)

Ale na przykład facet, który wali w ten wielki bęben. Zatrudniony: w orkiestrze Micky Rooneya. Ciekawe, jak doszedł do tego. Siadywał w domu, zjadłszy wieprzowinę z kapustą, i piastował go na fotelu. Powtarzał swą partię orkiestrową. Bum. Bumbubum. Wesołe dla żony. Ośla skóra. Biją je w życiu, a potem walą w nie po śmierci. Bum. Wali. Pewnie to jest jak to się nazywa jaszmak chcę powiedzieć kismet. Los.

Stuk. Stuk. Wyrostek, ślepy, postukujący laską, przeszedł stukstukstukając obok szyby wystawowej Daly’ego, gdzie syrena z włosem rozwianym (lecz nie mógł jej widzieć) wydmuchiwała kłęby syreniego (lecz ślepiec nie mógł), syreniego najbardziej orzeźwiającego dymu.

Instrumenty. Źdźbło trawy, koncha jej dłoni, później dąć. Nawet z grzebienia i bibułki możesz wydobyć melodię. Molly w koszulce przy Lombard Street West, z rozpuszczonymi włosami. Myślę, że każdy zawód miał swoją własną muzykę, rozumiesz? Myśliwy z rogiem. Ró. Stanął ci? Cloche. Sonnez la! Pasterz ma fujarkę. Policjant gwizdek. Zamki i klucze! Miotła! Już czwarta, wszystko w porządku, woła warta. Śpijcie! Wszystko stracone. Bęben? Bumbumbum. Zaczekaj, wiem. Obwoły-wacz miejski, bumbamcham. Długi John. Wskrzeszanie zmarłych. Bam. Dignam.
Biedny mały nominedomine. Bum. To muzyka, chcę powiedzieć oczywiście, że to wszystko jest bum bum bum podobne bardzo do tego, co nazywają da capo. Ale da się słuchać. Maszerujemy raźno tam, raźno tam. Bam.

14 Responses to “Improwizowałem tylko, człowieku…”

  • Jolinek51 : : 16-05-2008 :: 07:10

    chyba za trudny tekst …. :) a obraz z wazonem bardzo mi się podoba … :)

  • PAK : : 16-05-2008 :: 08:18

    Nie przeżywam tego tak intensywnie jak Bloom. Szkoda. Ale postaram się pamiętać dzisiaj na ‘te harfy’ idąc. (Dni Harfowe, czy Festiwal Harfowy… nazwy nie pamiętam, ale ważne na harfach będą grać :) )

  • Dora : : 16-05-2008 :: 21:04

    A tak swoją drogą ciekawe, czy rzeczywiście dyrygenci nosili wtedy bufiaste portki?

  • a cappella : : 17-05-2008 :: 07:26

    Ulisses jest świetny, harfa jest piękna (i te harfistki!)… ale u nas w chórze się mówi ‘nie rób(cie) harfy na pewien manieryzm bądź niedostatek techniczny… Wiedzą Państwo oczywiście - na jaki?…
    :-D

    :mru:

  • Dora : : 17-05-2008 :: 21:06

    Nieee…
    :mru:

  • Hoko : : 19-05-2008 :: 11:22

    Nie mam pojęcia :cytt:

  • komerski : : 20-05-2008 :: 05:24

    Jolinku - nie za trudny tylko za długi. Przeciętny internauta koncentruje się na ok. 4 minuty… A Hoko tu chyba misję jął uprawiać zamiast TVP, która jak wiadomo nie może sama…

    a capella: to nie chodziło o harfistki, tylko wiolonczelistki ;)

    Zastanawiam się, czy jak Hoko skończy Ulissesa, to zacznie Dr. Faustusa… Ja bym nawet chyba wolał, ale coś mi mówi, że Gospodarz by nie wolał :)

  • Dora : : 20-05-2008 :: 12:15

    Ja to raczej typuję, że przerzuci się wtedy na Finnegans Wake :autorytet:

  • Hoko : : 20-05-2008 :: 12:33

    O! :D

    Komerski, jeśli juz, to prędzej Czarodziejską górę - do Faustusa żywię mieszane uczucia. Ale jest jeszcze Proust :)

  • hortensja : : 20-05-2008 :: 13:44

    No i pożarl mi wpis ten lotr nienasycony.
    A co do Manna to wolalabym “Józefa i jego braci”, no ewentualnie móglby być “Wybraniec”.

    I jeszcze na dodatek mnie wrócil, że bląd. :ooo:

  • Hoko : : 20-05-2008 :: 13:49

    Ha! Dawno nie komentowałaś, Hortensjo, więc pewnie działań matematycznych się zapomniało ;)

    “Józefa…” to ja nie zdołałem przeczytać, tak samo jak i “Buddenbrooków”, no za Chiny Ludowe, to nie na moje nerwy… :lol:

  • hortensja : : 20-05-2008 :: 16:54

    Tylko dlatego to przeczytalam, że dotyczy starożytności, a druga - to glębokie średniowiecze. “Wybraniec” jest parodią. Zresztą nie chcę się na ten temat wypowiadać, bo jeszcze dostanę po uszach. :smile:

  • komerski : : 21-05-2008 :: 05:57

    A ja jednak obstawiam “Czarodziejską górę”. Zwłaszcza Castorpa “sen o nadczłowieku”… Ale skoro jednak Mann nie, to może “Biesy”? :)

  • Dora : : 21-05-2008 :: 09:08

    Jak by to były “Biesy”, to chyba przestałabym czytać :zly:

Dodaj komentarz

obrazy
Komentowane
foma: Zapachy
zeen: Zapachy
Allla: Zapachy
komerski: Zapachy
Torlin: Zapachy
Hoko: Zapachy
komerski: Zapachy
Allla: Zapachy

* * *