Formy chaosu
Przysiadł się do nas ten młody student zaoczny, co my go msz wołamy. Jurka Kamasa młodszy.
Msz zamówił sobie batona, a Sobek pyta się, co na dzisiej planuje, znaczy, czy będzie musiał czekać na kolejnego naiwnego, czy nie.
-A Zdzichu coś był ostatnio na ciebie rozeźlony, mówię. O co wam tam znowuż poszło, hę?
-A bo mnie zirytował. Odnośnie polityki żeśmy się posprzeczali, że to niby na kogo powinienem głosować, a na kogo nie, i ile to ja im zawdzięczam, żeby Polska była Polską.
-Ile?
-A tyle! mówi msz i pokazuje. Bo mi mówi, że jakby nie on, to bym teraz nie mógł do góry tyłkiem leżeć i kiełbasy jeść, boby był obowiązek pracowania, a kiełbasa by była na kartki. I takie tam jeszcze różne… A ja mu na to, tak? A jakby nie Hitler, toby mnie w ogóle na świecie nie było, boby się historia potoczyła całkiem inaczej. To, do czerwonej francy, komu więcej zawdzięczam, co?
-No…
-No! To się przestał do mnie odzywać. Argumentów mu brakło.
-Ale to wiesz co, młody? To ty jesteś w całkiem niewesołej sytuacji, mówi Sobek i wydyma gębę. I metafizykuje: To ja ci wcale nie zazdroszczę, taki życiorys…
-O o! Widzieli go! Moralizator się znaszedł! Ty sobie, stary dziadu, lepiej uświadom, że jakby nie Lenin, to i ciebie by nie było na świecie. Ty wcale nie masz tak bardzo lepiej…
No to Sobkowi jakby kto w gębę dał. Postawił się zara i wrzeszczy, żeby mu tu nie pieprzyć od rzeczy, bo jako prawy Polak i katolik od bolszewików sobie ubliżać nie da! Ale mszetowi też dużo nie trzeba i już skaczą sobie do oczu:
-A to co? Myślisz, że ciebie to bocian w kapustę przyniósł?! Co?! Pamiętasz co z historii? Gówno pamiętasz! A Lenina to do Rosji Bismarck czy jakiś inny odszczepieniec wysłał, to tobie szkopy też się przysłużyły!
-A Bismarcka kto? pytam nieśmiało.
-Cicho bydź!
No to żarli się chyba ze dwie i pół minuty, aż się w końcu zmordowali.
-Gówno prawda, mówi Sobek, chociaż po gębie widać, że już nie taki pewny siebie.
-A właśnie, że tak! Wszystkie, co dzisiej żyją, to zawdzięczają to Leninowi. A większość to i Hitlerowi. I Stalinowi też, żeby ci było lżej.
-O, już wszystkie! A jak jaki dziki, co na bezludnej wyspie mieszkał, albo jaki Murzyn, któren w życiu normalnego człowieka nie widział, to co jemu do tego twojego Hitlera, co?!
-A wszystko! Ty sobie policz: Klimat się ociepla? Ociepla. A z czego? A ze wszystkiego. I z wojny też się ocieplał od bombardowań, pożarów i takich tam. I z tego na tej twojej bezludnej wyspie zamiast w piątek to padało w sobotę. I stary tego dzikiego w piątek poszedł na polowanie, a z babą załatwił co trzeba dopiero w sobotę… Kumaty?
-No to co z tego, że w sobotę? A jaka to różnica? Przecie baba to baba, piątek czy sobota.
-Aleś ty durny. Tobie trzeba wszystko tłumaczyć od podstaw, jak małemu dziecku. To ty nie wiesz, skąd się dzieci biorą? No, za twoich czasów nie było jeszcze w szkole biologii…
Tu Sobek znowu się postawił, ale młody kontynuuje:
-Żeby było dziecko, to się ten plemnik musi dostać do tego jajeczka, nie? A tych plemników jest multum, milion albo i więcej, i jakby chłop poszedł do baby w piątek, to sprawę mógłby załatwić inny plemnik. A nawet jakby poszedł godzinę wcześniej albo później, albo nawet w innej pozycji, rozumiesz, to tak samo… I zaczyna nam tłumaczyć szczegółowo, jak to ten plemnik się do tego jajeczka dobiera; no, jak pamiętam, to on był zawsze nad wiek rozwinięty.
-Aaaa… Choćby i nawet, mówi Sobek. Choćby i nawet tak było, jak gadasz, to co ma wojna u nas do pogody na bezludnej wyspie?
-To ci przecież tłumaczę, tumanie jeden, że się klimat ocieplił i z tego ocieplenia to pogoda zmienia się na calutkiej Ziemi, wszędzie. I na bezludnej wyspie też. To jest naukowo udowodnione, że wszystko wpływa na wszystko: to jest taka teoria chaosu. Ty mówisz, że wojna u nas nie ma wpływu na bezludną wyspę, a naukowo jest udowodnione, że nawet jak tu u nas motyl zatrzepoce skrzydłami, to gdzieś tysiąc kilometrów dalej za tydzień będzie z tego trzepotania huragan.
-No, tera to już, kolego, chrzanisz jak najęty. Z motyla huragan, tak?
-A pewnie!
-A to jak tak, to ja z tobą nie gadam i nie dyskutuję, bo z takimi dyrdymałami to nie ma co dyskutować.
-O, widziałeś, mówi do mnie msz, drugiemu argumentów brakło.
To Sobek znowuż chciał sie postawić, ale przysiadł się do nas Staśek Wróbel. Ten nauczyciel na pół etatu z ekonomika, co Zoścynemu Sławkowi chciał pałę postawić na półrocze, za to że tamten mu powietrze z rowera spuścił. Tak przynajmniej Zośka rozgłaszała. No, ale to już nie moja sprawa, te szkolne porachunki. Tak na mój gust to jest całkiem przyzwoity chłopina, ino że nie chce pić byle czego.
To się go już miałem zapytać, czy może słyszał co o tem trzęsieniu ziemi, ale Sobek pierwszy wyskoczył i od razu z tym motylem. Ażeby młodego pognębić, nie bój się, już ja go znam.
To gębę napompował i pyta się Wróbla, co to za bajędy i głupoty ta dzisiejsza młodzież wygaduje, jakieś tam teorie hałasu uczciwym ludziom narzuca, że to niby motyl może trzepotaniem skrzydeł spowodować burzę, toż to i głupi by się uśmiał.
A Staśek na to, że nie hałasu, ino chaosu, i że to jest całkiem naukowo udowodnione, i że się pisze przez ce ha, jakby kto nie wiedział. I jeszcze pochwalił mszeta za to, że ten się w nadliczbowym materiale rozeznaje. I pyta się go, czy bardzo cisną na tych studiach?
-A gdzie tam, mówi msz. Wcale. Tylko niewygodnie, bo jakby nie to, to mógłbym sobie przez cały tydzień leżeć do góry tyłkiem, a tak to muszę w piątek wstawać.
A na to Wróbel, że kto rano wstaje, ten się nie wyśpi, taki to już nasz los.
No ale Sobkowi mina zrzedła, oj zrzedła. Całkiem mu gęba zniewyraźniała jak mało kiedy. I jeszcze próbował kombinować i mówi, że jak z motyla może być wiater, to i ze wszystkiego innego też…
A Wróbel na to, a no pewnie.
-E, to coś to nie bardzo… To z byle czego zara ma być wielka wichura, tak? To niby, tutaj sobie człowiek pierdnie, a tam gdzieś tajfun, huragan i pięć tysięcy ofiar, tak?
A na to Wróbel, ze legalnie. Że właśnie tak: pięć tysięcy albo i siedem tysięcy.
No to Sobkowi gęba się już całkiem zniekształciła, wyglądał, jakby miał w miejscu trupem paść albo i pawia puścić. Ale ja wiem z czego go tak naszło, nie z darma racji to mu się zrobiło. Bo to z tego, rozumiesz, że jak ten wielki huragan był, co to pół Ameryki zatopił, to równiusińko tydzień wcześniej stary Kamas urządzał imieniny i był groch z kapustą.
Ale młody też tę Sobkową odmianę zauważył i mówi, ażeby tamtego pocieszyć:
-Stary, nie przejmuj się, bo nie ma czym. Przed sądem nikt ci nic nie udowodni. Przed sądem to, rozumiesz, muszą być niezbite dowody, ażeby niewinnego skazać. A w tej teorii chaosu to na sto procent nic się nie da udowodnić. I to stuprocentowo się nie da, rozumiesz, z samej zasady. To można co najwyżej w przybliżeniu, a w przybliżeniu to żaden sąd nie ma nic do gadania. To nie bój się nic, możesz sobie folgować do woli.
-No. Niby tak… Ale trochę głupio…



- Nie martw się też, że głupio - ciągnie młody niby jakiś altruista czy inny prawnik - w razie jakby kto zauważył, że ci głupio zarządzi się referendum, i wtedy możesz sam zagłosować, żeś gazów nie miał - choć miałeś. Albo i na odwrót. Wedle woli.
Jeśli to hieroglify z realu - to ja, hm, ci szczerze zazdroszczę. Jak nikomu. A jeśli nie - szkoda! Kawał życia niczego sobie! Peesik: hm, hm! Pomyślałam, w móżdżku zmełłam (poprawna polszczyzna to podstawa) i stwierdziłam, że tak w sumie to masz rację. Przeszukam stary pamiętniczek z okresu wrzesień-grudzień - a nuż wpisy będą jeszcze bardziej rzeczywiste? Bo zaiste, dziwnych wydarzeń tam wcale a wcale nie brakowało..
[...] -Nie?! mówi msz. [...]
[...] -Sto jeden lat temu Einstein odkrył fonon. -Jeden rok temu Hoko spopularyzował efekt motyla. -To, czego nie rozumiesz, nie jest twoje – stwierdził dwieście jeden lat temu Jan Wilkołaz [...]