Było sobie życie
Punktem wyjścia do poniższego był wpis Torlina o stosunkach między wiarą a nauką, a ściślej rzecz biorąc wątek tyczący istnienia innych cywilizacji i “powtarzalności” dróg ewolucji. Temat jest dość obszerny i wielowątkowy, więc go tutaj tak z grubsza zrekapitulowałem. Miłej lektury…
W roku 1971 w radzieckim Biurakanie (Armenia) odbyło się międzynarodowe sympozjum poświęcone problematyce cywilizacji pozaziemskich. Była to pewnie jedna z niewielu konferencji naukowych z udziałem wybitnych specjalistów, na której dyskutowano o czymś, co być może nie istnieje. Co więcej, uczestnicy nie ograniczyli się do czystych spekulacji, co by było zrozumiałe, lecz przedstawili konkretne, ujęte w ramy wzorów i definicji zależności. Formuła Drake’a, typy cywilizacji Kardaszowa, rodzaje cywilizacyjnego “zejścia” von Hoernera - któż wówczas o tym nie słyszał…
Najbardziej znany jest wzór Drake’a, określający średnią ilość wysokorozwiniętych cywilizacji zamieszkujących kosmos. Część koniecznych w tym wzorze danych miała charakter probablistyczny, więc wyniki zależały od przyjętych kryteriów i wahały się od tysiąca do milionów cywilizacji. Przyjęto średnią ok. 20tys. I tylko jeden fakt spędzał teoretykom sen z powiek: nigdzie nikogo nie widać.
Dzisiaj wiemy trochę więcej. Problem leżał w braku świadomości warunków, jakie są konieczne do zaistnienia życia, potem do jego ewolucji w coraz to bardziej skomplikowane i zaawansowane formy, z których, na końcu, wyłania się świadomość i Rozum. Te uwarunkowania są nierozdzielnie związane nie tylko z sytuacją planetarną, ale też i kosmiczną: międzyplanetarną i galaktyczną. Oczywiście nie znając wszystkich możliwości drzemiących w Naturze, nie możemy być tych warunków pewni. Można jednak wyodrębnić rozmaite wymogi ogólne, wynikające z praw fizyki, z dynamiki układów złożonych itp.
Pierwszą sprawą i de facto pierwszym ograniczeniem, jakie musimy nałożyć na spektrum możliwości, będą założenia ewolucyjne. Niezależnie od tego, czy, jak chce Dawkins, jakiś rodzaj uogólnionej zasady doboru naturalnego powinien być stałą kosmiczną, dotyczącą nie tylko życia sensu stricte, ale i innych układów, których manifestacja fizyczna jest wynikiem rozmaitych współoddziaływań - niezależnie od tego musimy pamiętać, że te zaawansowane konstrukcyjnie układy życionośne nie mogą pojawić się znikąd, musi istnieć ścieżka dojścia do nich od struktur najprostszych i podstawowych. Te zaś, by ze sobą oddziaływać, muszą “chcieć oddziaływać”. Stąd i nie przypadkiem życie oparte jest na węglu - jest to jeden z najbardziej aktywnych pierwiastków, umożliwiający nie tylko samoczynne łączenie się molekuł, lecz także uzyskanie wielkiej liczby najrozmaitszych kombinacji, dzieki czemu istnieje możliwość wyselekcjonowania z nich tych w konstruowaniu życia najbardziej sprawnych. Za “nadający się” wielu uznaje też krzem, też w miarę plastyczny i występujący powszechnie. Bez tych pierwiastków trudno wyobrazić sobie skomplikowane struktury zdolne do spontanicznej ewolucji, a więc do samoistnego tworzenia rozmaitych życiopodobnych układów, na które działać będzie presja selekcyjna środowiska. Następnym kryterium jest czas: ewolucja potrzebuje bardzo dużo czasu i musi to być uwzględnione w wymogach tyczących dynamiki planetarnych i okołoplanetarnych procesów.
Na kształtowanie się życia planetarnego mają już wpływ rozmaite uwarunkowania galaktyczne. Przede wszystkim daremnym będzie poszukiwanie śladów życia w centrach galaktyk i w innych gęstych skupiskach gwiazd. Tam bowiem, ze względu na częste wybuchy supernowych i względnie niewielkie odległości między słońcami, mamy do czynienia z ponadprzeciętnie dużym natężeniem twardego promieniowania - te przebłyski mogą być okresowe, jednak biorąc pod uwagę czas potrzebny do wykrystalizowania się zorganizowanycjh form życia, wystarczają, by to życie zetrzeć w zarodku. Tym sposobem ilość stu miliardów gwiazd składających się na przeciętną galaktykę zostaje zredukowana do niewielkiego ułamka tych układów gwiazdowych, które znajdują się na galaktycznych peryferiach. Galaktyka spiralna ma tzw. rękawy spiralne - są to zagęszczenia galaktycznej materii: gwiazd, pyłu i innych różności. Rękawy się obracają, jednak tworzące je gwiazdy kręcą się z różną prędkością i okresowo się z nich wydostają - na kilka miliardów lat; potem znowu wpadają w gwiezdny ścisk. Otóż tworzenie się układów planetarnych jest możliwe tylko wewnątrz tych rękawów, jako że budulcem na planety są pozostałości po wybuchach supernowych. Natomiast by potem na tak wytworzonych planetach mogło rozwinąć się życie, układ planetarny musi się wraz ze swoją gwiazdą z rękawa wydostać i mieć właśnie tych kilka miliardów lat spokoju. To jeszcze bardziej ogranicza ilość potencjalnie życionośnych układów gwiazdowych - różnice w prędkości gwiazd i rękawa są niewielkie i tylko nielicznym obiektom udaje się spełnić wymagane kryteria. Jednocześnie w ogóle stawia to pod znakiem zapytania możliwość powstania życia w galaktykach kulistych - tam prawdopodobnie nie mamy czego szukać.
Gdy mamy już ten peregrynujący w skali miliardoleci układ planetarny, na jego własnym gruncie zaczynają się kolejne restrykcje. Pierwszy wymóg to odpowidni skład chemiczny. Poza tym planeta musi znajować się w odpowiedniej odległości od słońca (obszar tzw. ekosfery), by na jej powierzchni panowały odpowiednie temperatury. Znane są co prawda organizmy nie tylko potrafiące przeżyć w warunkach ekstremalnych, ale wręcz takie warunki mające za normę dla swojej egzystencji - jednak są to organizmy proste, jednokomórkowe, zaś ograniczenia wynikające z tych ekstremów są tak duże, że nic bardziej skomplikowanego i złożonego ostać się tu nie może.
Aby ewolucja mogła dorobić się zaawansowanych form życia, potrzebuje bardzo dużo czasu. Pojawia się więc problem stabilności układu planetarnego i jego otoczenia. Przestrzeń kosmiczna, na oko pusta, jest bez przerwy przemierzana przez tysiące i miliony drobnych ciał niebieskich: jednych - ze względu na rozmiary - nie groźnych, innych, stanowiących dla planety poważne zagrożenie. Prawdopodobieństwo kolizji nie jest specjalnie duże, szacuje się, że zderzenie takiego groźnego obiektu z Ziemią zdarza się nie częściej jak raz na 30 mln lat. Jednak nasz układ planetarny jest na swój sposób specyficzny - ze wzgledu na rozkład i wielkość planet. Otóż nasze istnienie zawdzięczamy w znacznej mierze Jowiszowi, który dzięki swojej masie pełni w Układzie Słonecznym rolę grawitacyjnego odkurzacza: wyłapuje, a następnie wymiata w siną galaktyczną dal wiekszość obiektów, które tu zbłądzą. Bez tego w Układzie Słonecznym byłoby aż gęsto od rozmaitych kosmicznych wagabundów, meteorów, planetoid, komet (wszak mamy niedaleko, w pasie Kuirpera, i nieco dalej w Obłoku Oorta, całe ich składowiska, skąd od czasu do czasu się wyrywają, by nam złożyć wizytę), które zassane przez Słońce zostałyby tu na stałe, nieuchronnie zwiększając prawdopodobieństwo kolizji, rosnące z upływem czasu i przybywaniem nowych obiektów. A wystarczy przecież by te szacowane kilkadziesiąt milionów lat między kolizjami zmniejszyć dziesięciokrotnie, by życiowe konstrukcje równać gładko i skutecznie do parteru.
Ale to jeszcze nie koniec. Bo oprócz zagrożenia zewnętrznego, przychodzącego z ciemnych kosmicznych czeluści, mamy też do czynienia z rozmaitymi perturbacjami wewnętrznymi, wywoływanymi oddziaływaniem między poszczególnymi składnikami Układu Słonecznego. Przede wszystkim planety nie są stabilne - koziołkują. Objawia się to zmianą nachylenia osi planety - proces jest co prawda widoczny w skali setek tysięcy czy milionów lat, jednak dla życia stanowi poważne zagrożenie. Ziemia jest w tym koziołkowaniu wyjątkiem, a to za sprawą swojego księżyca, który pełni rolę stabilizującą: układ Ziemia - Księżyc jest czymś w rodzaju żyroskopu.
Na koziołkowaniu najbardziej ucierpiał prawdopodobnie Mars - jeśli na tej planecie istniało kiedykolwiek życie, to jego zagłada mogła być spowodowana właśnie przechylaniem się osi planety (szacuje się, że od 10 do 50 stopni), co spowodowało drastyczne zmiany klimatu. W bezchmurną noc podziękujcie więc Księżycowi.
Marsa różni od Ziemi jeszcze jedno: brak magnetosfery. Jest to swoista magnetyczna osłona, wytwarzana przez pole magnetyczne planety. Chroni ona przed twardym promieniowaniem wysyłanym przez słońce. Samo pole magnetyczne wytwarzane jest przez tzw. dynamo magnetyczne, prawdopodobnie ruchome, ciekłe jądro planety. Mars pola magnetycznego nie posiada - nie wiadomo, czy nie miał go nigdy, czy też miał, ale przestało ono działać. Ten brak nie musi jednoznacznie przekreślać szansy na powstanie życia na planecie - może się ono rozwinąć i trwać w głębiach oceanu czy pod ziemią, jednak dla wyewoluowania form bardziej skomplikowanych jest to poważne ograniczenie.
Powyższe warunki są konieczne, by na Ziemi mogło zaistnieć życie w znanej nam postaci, a jednocześnie są to uwarunkowania na tyle ogólne, że można je chyba bez większego błędu rzutować na biogenezę w ogóle. Schodząc w dół po tej drabinie, od galaktyki, przez układ planetarny, do właściwości samej planety-matki, na każdym stopniu odsiewamy niezliczoną ilość układów, które tych wymagań nie spełniają, a tym samym redukujemy znacząco całościowe prawdopodobieństwo. To jednak nie koniec redukcji - życie, owszem, już mamy, teraz zaś trzeba dojść do Rozumu. A to droga daleka i usiana pułapkami.
Sześćdziesiąt pięć milionów lat temu, na przełomie Kredy i Trzeciorzędu doszło do kataklizmu, prawdopodobnie pochodzenia kosmicznego, który spowodował wyginięcie dinozaurów - jak i wielu innch żyjących ówcześnie stworzeń. Dinozaury królowały na planecie przez ponad sto milionów lat, opanowując wszystkie środowiska i większość dostępnych nisz. Wyginęły nie od razu, bo pewnie w ciągu setek czy tysięcy lat, lecz w skali geologicznej to chwila. W powyższym kontekście pada często pytanie, co by było, gdyby do tej katastrofy nie doszło, gdyby dinozaury nie znikły tak nagle - a więc i ssaki nie mogłyby się wybić. Wobrażeniem naiwnym, acz wcale powszechnym jest takie oto, że w czasach obecnych mielibyśmy na Ziemi zamiast ludzi jakiś gatunek rozumnych gadów - a że były wśród nich i takie, co na dwóch kończynach truchtały, i jeszcze dwie łapki miały mniejsze, nibypalcate, to może by i majsterkować zaczęły i cywilizacji technicznej się dorobiły. Bo skoro małpy mogły, to czemuż by dinozaury miały być gorsze… Pokutuje tu naiwne postrzeganie ewolucji, zwłaszcza przeświadczenie, że jest ona jakoś ukierunkowana, że wraz z upływem czasu wspina się na kolejne szczeble konstruktorskiej doskonałości, zaś celem tej wspinaczki jest oczywiście i nieuchronnie Rozum. Nic z tych rzeczy.
Całkiem głupie i nierozumne gady były panami planety przez przeszło sto milionleci i gdyby nie wsomniany zaurocyd, pewnie miałyby się doskonale do dzisiaj, w formach zapewne zmienionych, ale wcale mądrzejszych. Historię Człowieka można liczyć co najwyżej w setkach tysięcy lat, a historię Człowieka niezwierzęcą, czyli podbudowaną kulturą - w dziesiątkach tysięcy. Za lat milion nie będzie pewnie po nim śladu. Za to należy przypuszczać, że bakterie i owady będą się miały doskonale.
Postęp ewolucji polega na kumulowaniu doraźnych zysków, które nie koniecznie są zyskami globalnymi, nie ma tu jakiejkolwiek dalekowzroczności, celowości czy planistyki. Domeną ewolucyjnych tworów jest taka czy inna specjalizacja, bo ona z reguły pozwala na maksymalne wykorzystanie dostępnych zasobów i jednocześnie cechuje się niewielkim stopniem marnotrawstwa. Gatuków rzeczywiście uniwersalnych poza człowiekiem w zasadzie nie ma, mimo że, jak wskazuje nasza historia, taka uniwersalność może dać rzeczywistą przewagę. A skoro nie została nigdzie wcześniej urzeczywistniona, to albo w normalnych sytuacjach nie jest potrzebna, albo jest bardzo trudna do uzyskania. Albo i jedno, i drugie. Tak czy inaczej znaczyć by to mogło, że Rozum jest nie tyle szczytem ewolucyjnego konstruktorstwa, ile odstępstwem od normy, ewenementem ukształtowanym przez szereg koincydentalnych zdarzeń.
Jako się rzekło, Rozum, a jeszcze wcześniej nierozumny, ale zaawansowany w swojej budowie i funkcjach mózg, nie był ani celem, ani jednoznaczną koniecznością. Lecz nie był też tworem zupełnie ślepego trafu - jest na to nazbyt skomplikowany i jego wypłynięcie na ewolucyjnej fali w skutek li tylko ślepych i przypadkowych mutacji jest nieprawdopodobne. Centralny układ nerwowy jest instancją zawiadującą i kontrolującą pracę całego organizmu i ewoluował właśnie jako taka jednostka. Jego pierwociny można znaleźć już u form najprostszych życia, zaś im bardziej skomplikowana “cielesność”, tym bardziej skomplikowany i wydajny komputer sterujący jest potrzebny. Gadom rozbudowany mózg nie był konieczny, bo zarówno ich anatomia, jak i wewnętrzne procesy służące podtrzymywaniu życia są u nich znacznie prostsze niż u ssaków. U tych ostatnich też zresztą panuje duża różnorodność.
Potrzebna była uniwersalność i wielozakresowość ruchowo-zmysłowa, a więc chwytne kończyny i szkielet o dużej liczbie stopni swobody, wyostrzone zmysły, a zwłaszcza wzrok (z badań neurologicznych i kognitywistycznych wynika, że to właśnie ten zmysł mógł być dominującym w powstawaniu samoświadomości), wreszcie życie w stadach, które wymuszało zdolność rozróżniania pobratymców i stanowiło jakiś rodzaj prasoscjalizacji. Te czysto animalne własności były konieczne, bo właśnie do kontroli tego skomplikowanego anatomiczno-zmysłowego kontinuum potrzebny był rozbudowany mózg - jeszcze zupełnie nierozumny i zwierzęcy, ale już taki, który dla Rozumu mógł stanowić punkt wyjścia.
Powyższe warunki spełniły małpy. Przypuszcza się, że pierwszym krokiem tego zwierzęcego jeszcze mózgu w kierunku rozumności była adaptacja do uniwersalizmu na gruncie żywieniowym. Decydujące były wahania klimatu w ciągu ostatnich sześciu milionów lat, następujące po sobie okresy ciepłe i chłodne. Pierwszą poważną selekcją na “rozumność” było prawdopodobnie długotrwałe stepowienie w Afryce jakieś trzy miliony lat temu. To był początek zagłady Australopiteka (który bynajmniej nie zamieszkiwał Australii) - jarosza. Przetrwały te gatunki człowiekowatych, które potrafiły dostosować się do rozmaitych rodzajów pożywienia i do rozmaitych środowisk. Dalej epoka lodowcowa na północy spowodowała jeszcze większe zmiany klimatyczne w Afryce, włącznie z wyginięciem lasów. Przeżyć mogły już tylko gatunki zdolne do bytowania na otwartych przestrzeniach i aktywnego poszukiwania pożywienia. Tak powstał, niespełna milion lat temu, Homo erectus (pitekantrop) - jeden z bardzo licznej grupy hominidów. I ten gatunek, wraz z cofaniem się lodowca, wyemigrował z Afryki i skolonizował niemalże całą ziemię. Był to pierwszy gatunek, o którym wiadomo, że posługiwał się ogniem, mamy tu też do czynienia z pierwszymi praspołecznościami. Swój sukces zawdzięcza pitekantrop właśnie uniwersalności żywieniowej: nie tylko że polował - to wszak czynią też i rozmaite drapieżniki - ale był łowcą uniwersalnym, mógł polować w zasadzie na wszystko. A to z kolei stwarzało potrzebę jeszcze większej “uniwersalności mózgowej”. Jak zauważył Stanisław Lem (którego przemyśleniami się tu od czasu do czasu posiłkuję), tylko uniwersalny drapieżca potrzebuje uniwersalnego rozumu. I to dzięki tej uniwersalności człowiek jest dla reszty przyrody tak niebezpieczny, nie stosuje się doń bowiem zasada równowagi między drapieżcą a ofiarą: wytępiwszy jedne, może zabrać się za następne.
Potem były kolejne zmiany klimatu, kolejne wędrówki przedludzi i ten ukształtowany już łowca uniwersalny podlegał dalszej selekcji - jak i dalszej “specjalizacji w uniwersalność”, aż do pojawienia się Neandertalczyka i Homo sapiens.
Dygresja. Na Ziemi egzystuje poza naczelnymi jeszcze jeden gatunek, który, chociaż w mniejszym znacznie stopniu, przeszedł przez cefalizacyjny pasaż: to delfin. Delfiny są ssakami, które wróciły do życia w wodzie. A że stało się to stosunkowo późno, to i większość nisz, które mogłyby wykorzystać, była już zajęta - i to zajęta przez nie byle kogo, bo przez rekiny. By przeżyć, musiały więc delfiny z tamtymi konkurować; w sferze czysto fizycznej, anatomiczej, przegonić rekina byłoby nie sposób, toteż jedynym wyjściem było w tym przypadku “pójście po rozum do głowy”. I stąd delfinia ineligencja, przebłyskująca nieraz nawet względną uniwersalnością, ale mimo wszystko zogniskowana i ograniczona: bo i warunki startowe miały te ssaki za słabe, i środowisko wodne nie wydaje się być dla rzeczywistej uniwersalności optymalne.
Tak to dotarliśmy do Rozumu. Ale nie o sam rozum nam przecie chodzi, lecz o cywilizację dostrzegalną w skali kosmicznej. Będziemy więc musieli jeszcze trochę poredukować.
Uprzednio przedstwione warunki, jakie musi spełniać planeta, były warunkami biogenezy i cefalizacji. Są jeszcze warunki konieczne dla technogenezy. Możemy wyobrazić sobie planetę, na której w wyniku wielu zbiegów okoliczności powstały takie czy inne istoty rozumne i dorobiły tak kultury, jak i cywilizacji. Jednak życie na tej planecie ma inną historię, inny przebieg, inne geologiczne stadia miały tam miejsce. Nie zaistniał tam odpowiednik tych epok ziemskich, w których powstały paliwa kopalne - co i łatwo sobie wyobrazić, wszak to wszystko pogrzebane pradawne rośliny. Patrząc na naszą cywilizację, należy uznać bezpośrednie przejście od energii pary wodnej do energii atomu za nieprawdopodobne - zwłaszcza że ta energia pary jest de facto energią spalanego drewna. Szanse na rozwinięcie przemysłu, zaawansowanej technologii są więc w takim przypadku niemal zerowe i “postęp” będzie się musiał zakończyć, utknąć, rozum nic nie zdziała w starciu ze ścianą instrumentalnych niemożności.
Jednak i w przypadku dostępności bogactw naturalnych nic nie jest przesądzone. Cywilizacje ludzkie przez dobrych kilka tysięcy lat wznosiły się i upadały w najrozmaitszych odmianach kulturowych mutacji: niektóre sięgały bardzo wysoko, tak mentalnie, jak i technicznie, jednak z czasem zawsze legły w gruzach, rozbijane czy to przez dynamikę wewnętrznych zależności, czy też przez warunki zewnętrzne: najeźdźców, zmiany klimatu, itp. I dopiero kilkaset lat temu, skutkiem zejścia się rozmaitych zdarzeń: odgrzania antycznego praempiryzmu, judeochrześcijańskiego uprawomocnienia poszukiwania “prawdy” niezależnie od objawienia, politycznych, narodowych i ideowych konfliktów, przeniesienia życia intelektualnego w wyższe szerokości… geograficzne, w których, skutkiem półrocznej zimy faworyzowane przeżywalnościowo było podejście wynalazcze i zapobiegliwe - skutkiem zejścia się tych, i pewnie jeszcze paru innych, faktów, pojawił się solidny zaczyn tego, co potem wyrosło w cywilizację techniczną. A przecież ten okres przedtechniczny mógł trwać nie kilka, lecz kilkadziesiąt czy kilkaset tysięcy lat, bo tu znowu nie było żadnej konieczności. Widać to na przykładzie cywilizacji muzułmańskiej w średniowieczu - tam już było wszystko, zarówno w podbudowie intelektualnej, jak i czysto technicznej, by na ten stopień scientycyzacji wkroczyć; a jednak nastąpił regres.
Z dzisiejszej perspektywy biurakańskie koncepcje tchną jakąś romantyczną czy idealistyczną dziecinadą - i większość naukowców biorących udział w konferencji swoje zapatrywania z czasem zweryfikowała. Oczywiście przedstawiona wyżej “redukcja prawdopodobieństwa” zaistnienia cywilizacji kosmicznej oparta jest na tym , co wiemy, a że wiemy nie wszystko, ba, może nawet mniej niż więcej, to i rozmaitych innych scenariuszy nie sposób wykluczyć. Niezależnie jednak od tego, nad wszelkimi koncepcjami ożywienia i urozumnienia kosmosu wisi niczym miecz Demoklesa bezlitosny fakt empiryczny: Wszechświat milczy. Jest to istone i wymowne zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę czas istnienia Wszechświata, niezliczone ilości słońc i w końcu eksponencjalne przyśpieszenie, jakiemu podlega nasza cywilizacja od chwili wejścia na ścieżkę technologii - wynikałoby z tego, że dotychczas nikomu się nie udało. Stąd więc uprawniona wydaję się być konsatacja, że życie jako takie może być nawet we Wszechświcie powszechne (bo jego moc przeżywalnościowa i odtwórcza jest niezwykła), jednak formy skomplikowane są już znacznie rzadsze, Rozum to swoista wygrana na ewolucyjnej ruletce, zaś Rozum, który by się i jeszcze technologii sięgającej w kosmos dorobił to już prawdziwy ewenement i unikalna rzadkość. I można by tę wyliczankę pociągnąć dalej jeszcze, ale zbyt mało wiemy. Bo historia ludzkości wskazuje, że Rozum może łatwo sam sobie zgotować zagładę, niewykluczone więc, że jest tylko jedną z niezliczonych ślepych uliczek ewolucji - wszak niemal otarliśmy się o hekatombę nuklearną, a teraz stoimy nad urwiskiem degradacji biosfery, przeludnienia, zmian klimatycznych…
Już kończę. Punktem wyjścia i dojścia powyższego była cywilizacja dostrzegalna kosmicznie, toteż sam Rozum potraktowany tu został nieco instrumentalnie. W przeciwnym razie do końca rozprawki byłoby jeszcze daleko. Na koniec wypada więc i o tym pobieżnie wspomnieć, zwłaszcza w obliczu konstatacji, iż granice naszego świata, to granice naszego języka. Nasz język też jest tworem ewolucji, a więc i najrozmaitszych koincydencji. Na ile może okazać się uniwersalnym w sensie poznawczym, nie wiemy, ale raczej nie będzie on stałą kosmicznej komunikacji. Toteż niewykluczone, że gdzieś tam w otchłaniach istneją języki, których byśmy za takowe wcale nie uznali, że istnieją świadomości, których nie będziemy sobie w stanie uświadomić, że wreszcie istnieją Rozumy, których nie będziemy w stanie zrozumieć. Lecz to już inna historia.

Ha :> Bardzo rozbudowany i ciekawy wpis - będziesz go musiał zamieścić na kolejnym blogu “the best of Hoko”
Co do uniwersalności człowieka, przypomniał mi się cytat:
Istota ludzka powinna umieć zmieniać pieluszki, zaplanować inwazję, zarżnąć wieprza, sterować statkiem, zaprojektować budynek, napisać sonet, prowadzić księgę rachunkową, zbudować mur, nastawić złamanie, pocieszyć umierającego, dawać rozkazy, przyjmować rozkazy, działać w grupie, działać samemu, rozwiązywać równania, analizować nowe problemy, roztrząsać nawóz, zaprogramować komputer, ugotować smaczny posiłek, walczyć skutecznie, umrzeć bohatersko. Specjalizacja jest dla insektów…
– Robert A. Heinlein
Tak czy inaczej, wśród zgadywanek ewolucyjnych była też taka opcja, jakoby kora mózgowa powstała jako narząd odprowadzający ciepło z coraz bardziej przegrzanego mózgu “gadziego”, czy później - mózgu “ssaków”. Ewolucja więc przez przypadek mogła wykształcić struktury neossaków.
Lem bardzo trafnie oceniał życie pozaziemskie - nie tyle w Pirxie co np. w Solarisie. Spodziewamy się w najlepszym przypadku zielonych ludzików nie bacząc na to, że odmienność obcych może być ponad nasze wyobrażenie. Bo przecież nasłuchując kosmicznych sygnałów radiowych nie spostrzeglibyśmy myślącego oceanu. Tutaj nieocenioną pomocą służą autorzy powieści sci-fi. Naukowcy mogą sobie wyliczać wzory, lecz jak przyjdzie co do czego to jak będą gadali z inteligentnym kawałkiem kryształu? :>
To znaczy, że z ludźmi tu na ziemi jest jak z naszym bytem na ziemi … dobrze, że ten nasz plemnik był szybszy …
Jolinku, nie wiem, czy tu coś było “szybsze”, bo to raczej nie był wyścig, a przesiewanie przez sito. Ale i tak dobrze
Teloch, Lem w późniejszym okresie na innych rozumach w ogóle postawił krzyżyk. Natomiast Ocean jeszcze mógł wewoluować w niejedno, więc nie mozna wykluczyć, że coś by tam zaczął nadawać. Ale pewnie i tak wyszłoby z tego Fiasko
Co do mózgu to czytałem gdzieś też o hipotezie, że ewoluował on u małp zamieszkujących nad morzem - chodzi tu o jakieś kwasy tłuszczowe niezbędne do funkcjonowania mózgu, a najłatwiej osiągalne w rybach. małpy miałyby też być wodno-lądowe, co by też było jakimś przyczynkiem do ruchowej i zmysłowej uniwewrsalizacji, jak i do osiągnięcia wyprostowanej postawy.
Życie jest formą istnienia białka,
tylko w kominie coś czasem załka…
Heh. Robi wrażenie. Czytałem z zapartym tchem. Pod koniec patrząc na prawdopodobieństwo zacząłem się bać że mnie nie ma.
Niektórzy to się jednak w tej sieci marnują
Teloch - Jakich zielonych? Oni są szarzy!
Dru - Zapytaj żony, kto ma śmieci wynieść. Otrzymasz dowód istnienia siebie
Hoko - Co ja ci mogę powiedzieć? W istocie cały ten znakomity tekst sprowadzał się do wyliczenia trudności i przypadków, które pomogły ludziom dojść do obecnego etapu. Ale zastanówmy się, ilu przypadków było potrzeba, do powstania tak złożonej struktury atomów, jak - dajmy na to - klawiatura komputera. A powstaje ich dziennie całkiem pokaźna ilość. Bez końca też podziwiam twoją oświeceniową wielką literę na początku słowa rozum
Hoko jest Poko Wielki!
Po hiszpańsku to średni komplement
Komerski!
Po hiszpańsku to się pisze przez “c”, a nie przez “k”.
Komerski: “Rozum” jest tu uogólnoną nazwą własną - chyba nie podejrzewasz mnie o oświceniowe utopie?
A klawiatura komputera to już co innego. Gdyby taką klawiaturę znaleźć np. na którymś z księżyców Jowisza jako wynik spontanicznego i przypadkowego “zejścia się” atomów, to wtedy byłoby to co innego. Chociaż też nie do porównywania, bo jak zauwayłem ten nasz mózg tak do końca przypakowy nie był - jako odpowiedź na wymogi selekcji, natomiast trudno wyobrazić sobie selekcję nierozumnego środowiska na tworzenie klawiatur komputerowych. Zwłaszcza przy braku komputerów…
Torlin: jak ktoś już gzieś zauważył, Hoko jest Spoko
Dru: skoro się bałeś, znaczy że byłeś. to całej reszty mogło nie być .
zeen: dwa świerszcze i wiatr w kominie?
Hoko,
czasem coś liźnie,
czasem coś gwiźnie,
coś się pokaże
w samej bieliźnie…
………………………….
Koncert jesienny na dwa świerszcze i wiatr w kominie
Dezoksyrybonukleinowy świat przeminie….
Hoko: No właśnie z tymi utopiami pewien nie byłem. Z klawiaturą jeszcze cały czas myślę, bo nie jestem do końca przekonany, czy ta twoja selekcja ma na podstawowym poziomie jakieś znaczenie. Innymi słowy czy nie jest siatką narzucaną przez nasze myślenie na przypadki. A jeśli tak, to czy to cokolwiek zmienia. Ale zmęczony jestem i mi to wnioskowanie słabo dziś idzie …. Ech…
Dzięki, że mnie uspokoiliście. Idę zmyć naczynia by coś sobie udowodnić…
Zastanawia mnie co będzie dalej. Ciekawa to rzecz z tym mózgiem, bo w zasadzie ewoluował do pewnej postaci z pewnych przyczyn i nagle zaczął być używany do zupełnie innych celów.
Czy myślenie o włochatych boginiach zamiast o odniesieniu sukcesu ewolucyjnego można traktować jako rewolucję? Bo zgadzam się z Tobą w pełni iż ewolucja nie ma celu (było to dla mnie, podane przez Ciebie, bardzo odkrywcze spostrzeżenie) ale pewne zachowania są w myśl koncepcji ewolucji nagradzane.
Poruszam się po granicach własnego zrozumienia więc mogę pisać rzeczy niezbyt mądre.
Dru, Hoko - ale mi właśnie o to chodziło. Ewolucja jest ślepa, więc przypadek przejścia mózgu przez ewolucyjne sito niczym się nie różni od przypadku zderzenia dwóch kul bilardowych, wybuchu supernowej, czy stłuczenia talerza przez Dru… i to jest bezsensowny ruch atomów i to. A dostrzeżenie w nim “ewolucji” jest ludzkim projektem. Barwną teksturą nałożoną na szarość bezmyślnych atomów…ekhem..to ja kończę
Nie dwa świerszcze i wiatr w kominie, tylko oj dana, dana, nie ma szatana
PS. Jedno jest pewne: wiemy mniej niż więcej.
Ja bym słowa ewolucja używał ostrożnie gdy mówimy o galaktykach i organizmach. Atomy i gwiazdy zderzają się bezsensownie. Lis z kurą, albo talerz żony Dru’ ze ścianą to już niekoniecznie.
W ogóle między zderzeniem się supernowych, a zderzeniem się ze zdenerwowaną żoną Dru’ to ja widzę wielką różnicę.
Co do tekstury się zgadzam. Ślicznie napisane.
Tylko co z tego wynika… że to wszystko bez sensu? To taki kijek w oko dla człowieka. Bo on tworzy sensy i porządek, aby się dowiedzieć, że wszystko to bezsens i chaos.
To na razie tyle, bo jest późno.
Ja mam drobną uwagę na boku.
Mianowicie, choć wizja gadzich ludzi jako alternatywy dla człowieka jest dziecinna, to:
1) promowanie intelektu w dziejach ewolucji nie pojawiło się ten jeden jedyny raz w przypadku naczelnych — to jeden ze składników przystosowania, który czasem się pojawia (zresztą i naczelne musiały od czegoś zacząć); o ile więc nie można mówić o prawidłowości, to można spekulować o prawdopodobieństwie;
2) proszę trochę więcej szacunku dla gadów — że nie mają futra i pierza (choć może pierze akurat kiedyś miały), nie świadczy o nich od razu, że się do niczego nie nadają…
Nie - ja nie chciałem marudzić, że życie, wszechświat i cała reszta nie mają sensu. Chciałem naokoło pokazać, że może jednak istnieje perspektywa przy której klawiatura komputerowa i ludzki mózg są rezultatem jakościowo identycznego przypadku. Być może różnica jest tu tylko ilościowa (czas/liczba atomów)
Ale nie wiem. Może Hoko ma rację.
Widzicie kolego Hoko coście narobiliście?
Kolega komerski miast tłomaczyć angielszczyznę, głowi się jak przełożyć z polskiego na nasze, kolega dru’ lata po chałupie i chwyta w locie talerze, koleżanka Dora zaprzecza oczywistej oczywistości, czyli istnieniu szatana, o którym przecie wiadomo, że tkwi w siódmej klasie, koledze PAKowi wypadają drobne na boku i gada o gadach a ja się czuję coraz bardziej dezoksyrybonukleinowo…..
…a kolega zeen jak w końcu odrzuci “dezoksy” i “nukleinowo”, to stanie się pokarmem dla własnego kota…
Koleżanka Dora chciałaby się pozbyć jednego ze swoich filarów?
A swoją drogą cuś w tym jest: zauważyłem w łańcuchach ubytki a kocisko cuś zadowolone chodzi
Filar coś rzadko ostatnio bywa filarem - woli inne blogi


To kocisko żywi się łańcuchami?
No właśnie: porozrzucane leżą “dezoksy” obok “nukleinowo” a środka ni ma, kocisko zaś się oblizuje i łypie niepokojąco na pozostałe w całości…..

A filar nie musi być widoczny, ale ma być.
Czasem podpiera tu, czasem ówdzie, na wszystko czasu nie staje.
Filar jest figlarny i lubi rozwiązywać muszki i krawaty oraz rozpinać kołnierzyki, przed czym bywalcy filharmonii czasem się bronią
zeenie, rozumiem, że rozwiązujesz muszki owocowe
A tak poza tym to przypomnieliście mi, że już dawno żadnego wpisu o kotach nie było…
Komerski: klawatura i mózg to nie jest to samo - byłoby to samo, jakby gdybać nad prawdopodobieństwem znalezienia sprawnego i spontanicznie powstałego mózgu dajmny na to na Marsie. Zawsze narzucamy jakąś siatkę, ale w tym wypadku są to siatki dwóch różnych kategorii: spontanicznej materializacji (której notabene żadne prawo fizyczne nie zabrania) i wyewoluowania od form prostych do skomplikowanych. Oczywiście mozna by sobie wyobrazić “organizm” (niekoniecznie biologiczny, może być np. wirtualny, bo są programy które światnie naśladują ewolucję naturalną - a w zasadzie nie tyle naśladują, co po prostu ewoluują), więc można by tak zaprogramować warunki brzegowe i graniczne, by robiona była selekcja na organizmy w kształcie klawiatury. Ale to już byłaby normalna ewolucja.
Jeżeli przez “bezsensowny ruch atomów” rozumiesz zupełną przypadkowość, to to nie jest dobry model. Bo ten ruch jest determinowany choćby przez prawa fizyki. To zawsze jest jakaś mieszanka przypadku i konieczności.
A co do “jakościowo identycznego przypadku” - oczywiście. Ta klawiatura której używam jest jakimś skutkiem ewolucji mózgu, bo przecież przez ten mózg została zaprojektowana. A w zasazie nie tylko mózg tu ma znaczenie, lecz cała nasza anatomia, a i rozmaite koincydencje kulturowe i historyczne, bo przecież system QWERTY to klasyczny przypadek “kciuka pandy”, a więc utrwalenia się rozwiązania gorszego, dzęki zdobyciu w odpowiednim momencie przewagi rynkowej.
Dru: trzeba by było najpierw zdefiniować pojęcie “sensu” a obawiam się, że mogą być z tym problemy
PAK-u, ależ nkt tu przecież nie deprecjonuje gadów, a już tym bardziej dinozaurów.
Zaś “intelekt” można rozamicie rozumieć. Wiele niby inteligentnych zachowań, nieraz bardzo zaawansowanych, jest wynikiem instynktu i zaprogramowania - i te automatyzmy są często znacznie skuteczniejsze niż “rozumność”. Wszystko zależy od sytuacji.
Hoko: Tak, wydobyłem się wreszcie z listopadowego otępienia i dotarły do mnie twoje argumenty. Klawiatura i mózg to jednak nie do końca to samo. Aczkolwiek na ile ja rozumiem słowo “bezsensowny” to nie wyklucza się ono z byciem zdeterminowanym prawami fizyki. “Bezsensowny” to chyba po prostu “nie posiadający celu”. Sensowne mogą być tylko działania ludzi (albo innych istot rozumnych), które wyznaczają sobie cele i próbują je osiągać. Ruch atomów jest sobie, ot tak, po prostu.
A mnie ten listopad co roku podpada …
może lepiej latać sobie jak ten atom bez celu …. i nie za dużo myśleć ….
“bezsensowny” może mieć cel … ale też “bezsensowny” … czasem jest to “praca Syzyfowa” ….
Taaa. Ja też bym słowa “bezsensowny” nie używał do świata fizyki. “Bezsensownie” nie tyle oznacza nieposiadanie celu, co raczej nieposiadanie go w sytuacji gdy istnieje możliwość jego posiadania (a może nawet właściwym jest go posiadać). Ruch atomu jest “ot tak, po prostu”, bez sensu to stał komerski pod moim domem w prochowcu zamiast wejść na kawę.
Bardziej mnie ciekawi dlaczego ja oczekuję sensu od tego świata, czyli jego istnienia w jakimś celu. Cały czas mam wrażenie że na człowieku ewolucja się załamuje w tym sensie, że człowiek ma pomysły i problemy, które w żaden sposób nie są nagradzane w procesie ewolucji.
Nikt nie odpowiedział na moje pytanie w taki sposób abym coś z tego zrozumiał więc zadaję je ponownie: Skąd się bierze to że rozmyślam o tym jak ładnie sobie zorganizować terminarz do zarządzania czasem, który i tak za miesiąc zmienię na inny zamiast kombinować jak tu zapłodnić sąsiadkę, która jest aktualnie w dobrym okresie na rodzenie dzieci.
Dru’:
problemy i pomysły człowieka w pewnym zakresie mogłyby być nagradzane w procesie ewolucji, gdyby nie to, że zmiany środowiska zachodzą zbyt szybko. Bo sami je zmieniamy. Jak to ktoś wyjaśniał: można by wykształcić ewolucyjną skłonność kobiet do mężczyzn z BMW, gdyby nie to, że historia jakiejkolwiek marki samochodowej jest zbyt krótka jak na procesy ewolucyjne.
A sensu od świata przestałem oczekiwać. Przynajmniej świadomie.
PAK: Wykształcanie ewolucyjnej skłonności to problem trochę innego rodzaju. Mnie nie zastanawia to dlaczego nie wytworzyła się ewolucyjna skłonność kobiet do facetów z BMW. Ciekawi mnie dlaczego nasza przykładowa kobieta gapiąc się na wysportowanego mężczyznę z BMW, willą, ogrodem, basenem i ociekającego atrakcyjnymi genami, zastanawia się całkiem poważnie nad tym, która bitwa miała większe znaczenie w wojnie polsko-krzyżackiej: ta pod Grunwaldem, czy ta pod Koronowem.
Wydaje mi się, że mózg w jakimś stopniu wymknął się ewolucji.
Pogubiłem się w tych twoich relacjach z kobietami. Gdzie ty znalazłeś tę fankę historii? Taka możliwość jak opisałeś jest niemożliwa. Albo ja czegoś nie zrozumiałem.
dru’
tylko spekuluję: czy na Twoje pytania odpowiedzią nie jest stworzona przez człowieka kultura, która niekoniecznie idzie równolegle do ewolucji ?
Tak jest, to zupełnie niemożliwe

Dru, zbyt wąsko rozumiesz “selekcję na zostawienie potomka” (czyli de facto na przetrwanie genów). Tu działają rozmaite mechanizmy - nie wystarczy potomka spłodzić, trzeba go jeszcze wychować - natomiast są gatunki, których młode są zdolne do samodzielności zaraz po urodzeniu, i te terminarzami sobie głowy nie zaprzątają. Dalej, oględnie sugerujesz tutaj, że sąsiadka tylko na Ciebie czeka. Tymczasem podejrzewam, że gdybyś jej złożył wspomnianą propozycję, na zdrowie by Ci to mogło nie wyjść. Ale jak dobrze zaplanujesz terminarz, jak podniesiesz przez to swoją społeczną i ekonomiczną rangę, to i sąsiadka może na Cię spojrzeć życzliwszym okiem. I tak na to patrząc, wszystko ma swój “sens”, chociaż nie zawsze go sobie uświadamiamy…
zeen: Lem nazywa kulturę “obrońcą ewolucyjnych idiotyzmów sprawczych”
Chodzi o to, że kultura wytwarza mechanizmy, których zadaniem jest nadanie sankcji konieczności i celowości temu, co jest zupełnie ślepe i koincydentalne. Wiary religijne, filozofie, ideologie, one wszystkie właśnie tym się zajmują. Jednocześnie kultura jest swoistym kagańcem ograniczającym czy kanalizującym rozmaite zachowania czy to destrukcyjne, czy tylko odbiegające od “normy”. Generalnie jest to temat bardzo szeroki. 
Się wie i dlatego podpowiadam dru’, żeby nie zostawiać czowieka bez wsparcia. Przecież widzę jak gryzie pazury patrząc na sąsiadkę…
chyba problem leży gdzie indziej ….. dziś kobiety jakieś się mądrzejsze zrobiły przez te ewolucje …. i tak dobrze sobie same radzą, że aż są nieszczęśliwe z tego powodu ….. a przy okazji wpędzają facetów w kompleksy … jakie będzie z tego potomstwo?
Przez ewolucję może i tak, ale nie biologiczmną,, lecz właśnie kulturową. Bo role (i stereotypy) jakie pełni dana płeć są w znacznej mierze warukowane przez normy kulturowe. Zmiany warunków społecznych powodują też zmiany tych ról. A potomstwem bym się nie martwił, bo dla niego takie postawienie sprawy będzie czymś normalnym. Oczywiście te zmiany nie ustaną, więc gdy potomstwo dorośnie, zauważy, że za jego dziecińswa było inaczej… I tak wkoło Macieju
PS
Jolinku, gdzie Ty widzisz facetów z kompleksami?
Ale te zmiany trochę wyprzedzają biologię …. uczymy się ciąglę żyć z kimś kto w nas jest nowy dla nas … jednym lepiej to idzie innym trudniej … i nikt nam nie pomoże … brak na to rady od mamy albo babci ….
ps. ja nie widzę …. słyszałam o tym w TV ….
Ja tam ciągle widzę facetów z kompleksami - wyższości

Na szczęście nie wyłącznie
“Zapłodnić” w tym przypadku proponuję, aby rozumieć szerzej jako doprowadzić do zapłodnienia (czyli nakłonić również).
Natomiast “ładnie sobie zorganizować terminarz do zarządzania czasem” proponuję rozumieć jako pracę nad estetyką terminarza, która to nie ma żadnego znaczenia z punktu widzenia organizacji czasu.
Twierdzisz więc Hoko, iż może istnieć sens wykonywania pewnej czynności, który jest nieuświadomiony?
Być może to jest czasem prawda, ale to mi się właśnie nie podoba u ludzi, którzy próbują przetransportować ewolucję z poziomu biologii na poziom społeczeństwa, to to że zawsze znajdą jakąś drogę, aby udowodnić mnie entuzjaście estetyki terminarzy, że to czym się zajmuję służy przekazywaniu moich genów.
Rzucam drobne żebrakowi, dążę do przekazania moich genów…
Idę na księdza, dążę do przekazania moich genów…
etc.
Ja wiem, że taką drogę zawsze można znaleźć, ale jak dla mnie to jest to tylko dowód na ludzką kreatywność, a nie rzetelne dowodzenie.
Z mojego punktu widzenia, gdyby ludzkie zachowanie zawsze ostatecznie determinowało dążenie do przekazania genów to każdy bogaty facet dążył by do zrobienia jak największej ilości dzieci, następnie wypłacał by duże alimenty i liczył, że owa kobieta z taką kasą znajdzie sobie jakiegoś innego gościa, który się nią zaopiekuje.
To daje dużą szansę na ogromną ilość dobrze wychowanych dzieci, a to, że kilku się nie uda? Cóż to za problem?
Dlaczego człowiek nie może zaakceptować takiego rozumowania, które jest proste, logiczne i skuteczne?
Według mnie świat społeczny jest sensowny, zorganizowany i stworzony przez człowieka. Świat głazów, planet i zwierząt taki nie jest. A wszelkie ludzkie wyprawy: z sensem od społeczności do głazów (filozofia katolicka) i z “bez-sensem” od głazów do społeczności (Dawkins?) prowadzi do… no nie wiem czego, nieporozumień, nadinterpretacji? Myślę, że ten tok myślenia jest po prostu błędny.
Ale oczywiście mogę się mylić.
Ja bardzo przepraszam wszystkie kobiety, za wykorzystywanie ich jako przedmioty do obrony swojego zdania.
Bogatych facetów też przepraszam…
To może biednych też przeproszę i zbiór mi się wypełni.
Dru’:
dołaczam się do przeprosin, bo to ja zacząłem z tym BWM.
Co do psychologii ewolucyjnej — jestem jej krytycznym zwolennikiem.
To znaczy: uważam, że jest coś na rzeczy w tym, że pewne podstawowe wzorce zostały wykształcone ewolucyjnie; ale nie wszystko ma takie pochodzenie i bardzo dużo w tym spekulacji, więc trzeba być ostrożnym.
Wracajac do tematu: tego typu cechy ewoluowały głównie za czasów społeczności myśliwsko-zbieraczej, co bardzo ograniczało szanse na alimenty. Wykluczało też analizowanie spisanej historii. Jednak samo pamiętanie, przenoszenie wiedzy z pokolenia na pokolenie i analizowanie przeszłości mogło być ewolucyjnie przydatne.
– A pamiętacie jak nasi przodkowie walczyli o ogień pod wodzem Wielce Sławnym!
– Ocho, sławna to opowieść, jak się zamknęli z ogniem w jaskini Bar-bar i plemię z zachodu nie potrafiło jej wejścia sforsować, choć używali i pięści i łokci.
– O, tak. Więc teraz też się możemy z ogniem zamknąć w jaskini.
– Powiadasz?
BMW, nie BWM. BWM to inne dostosowanie
Dru, ale przecież mężczyźni tak własnie robią! Co ty, żadnego serialu nie oglądasz?
Poza tym bierzesz te założenia zbyt dosłownie. Biologia jest pewnym fundamentem, ale nie determinuje wszystkiego - i konkretne osobnicze rozwiązania mogą być bardzo różne, włącznie z zachowaniami przeciwnymi. Ja rozumiem Twoje oburzenie faktem, że ktoś Cię sprowadza tylko do instynktów (na dodatek niweuświadamianych), ale skoro chcesz być aż tak logiczny, to powiedz na jakiej podstawie uważasz, że te czynności, zachowania czy dążenia niereprodukcyjne i niewynkające (jakoby) z biologii mają wartość “wyższą”? Istnienie upodobań estetycznych też daje się wpisać w rozrodczoć (o czym chyba nikogo nie trzeba przekonywać), a od tego idą rozmaite artefakty, boczne odgałęzienia manifestujące się w potrzebach, które “przeżywalnościowo” czy reprodukcyjnie rzeczywiście mogą nie mieć znaczenia. Ale co u licha z tego wynika i jakaż to ma być (rozumując logicznie) dla mnie satysfakcja? Notabene ograniczeń i przymusów kulturowych, których sobie nie uświadamiamy, jest równie dużo jak tych biologicznych, bo niemal każde poważniejsze zdarzenie zostawia ślady w naszym mózgu i go swoiście programuje - i wiele zachowań, które byśmy chcieli uważać za “własny wybór” jest niczym więcej niż ślinienie się psa Pawłowa. A nawet jeśli jest pewien obszar “wolnej woli” to jest to i tak tylko złudzenie, bo do rzeczywiście wolnego wyboru konieczna jest znajomość wszystkich mozliwych uwarunkowań - a gdy nasza wiedza jest niepełna, to i “wolny wybór” jest tylko jakąś heurystyką, czyli zdaniem się na przypadek.
A gdyby nawet i to pominąć, to przecież ocenianie tej “wolnej woli” jako czegoś lepszego nie ma żadnych logiczno-racjonalnych podstaw, bo “lepszość” nie jest pojęciem absolutnym lecz relatywnym i “lepszym” mozna być tylko w stosunku do czegoś. A w naszym, ludzkim przypadku, jest to odczucie czysto subiektywne, służące właśnie “usensownieniu” tego co przypadkowe, czyli zachowaniu pewnego psychicznego dobrostanu (homeostazy). Więc de facto i to ma pewnie znaczenie przystosowawcze.
Notabene nie bardzo wiem, co rozumiesz przez “świat społeczny”. Takich światów jest tyle, ile rozmaitych kultur, a że ich założenia są ze sobą częstokroć diametralnie sprzeczne, to trudno tu mówić o jakimś sensie. I świat ten jest w tym samym stopniu tworzony przez człowieka, co i jest TWÓRCĄ tegoż człowieka, bo żadne normy nie mają jakiejkolwiek absolutnej sankcji, lecz nabywamy je “ucząc się” własnej kultury. A że nie jesteśmy zaprogramowani do końca, lecz tylko przdprogramowo ukierunkowani, to i możemy się przeciwko tym normom buntować - a skoro możliwość buntu jest wpisana w nasze biologiczne podłoże, to czy bunt jest “wolny” czy też nie?…
Kurczę pieczonę!
Znowuż!
Najpierw mi się nie chciało przeczytać tego tekstu, a teraz sobie nagrabiłam i jest cała kopa komentarzy do poczytania na doczepkę
moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina…
Hokożżż!
Bite dwie godziny siedziałem nad twoim komentarzem próbując napisać jakąś sensowną odpowiedź. W końcu przebrnąwszy z lepszym lub gorszym skutkiem przez kilka możliwości dotarłem do jednej, która wydała mi się interesująca. Nie wydaje mi się aby była doskonała, ale na lepszą brakuje mi wiedzy. Dlatego wybrałem właśnie taką. Nie miałem (jestem tego świadomy) całkowitej dowolności w odpowiedzi z uwagi na ograniczenia w różnorakiej wiedzy, która jest do tych możliwych odpowiedzi niezbędna (np. po chińsku nie będzie, bo ja go nie znam). Biorąc pod uwagę jednak pewne wartości, które z mojego punktu widzenia wydają się w tej sytuacji cenne (ciekawa forma, utrzymanie się w temacie pomimo tego, iż wydaje mi się niesamowicie skomplikowany) dokonałem wyboru. Być może ma z tym coś wspólnego moja potrzeba przekazania swoich genów innym pokoleniom, nie wiem nie uświadamiam sobie tego. Z resztą nawet jeśli tak jest, to cóż w tym złego? Reprodukowanie i zagadnienia z nim związane wg mnie również mogą wnosić wiele dobrych rzeczy w ludzkie życie. Być może narzuciły mi to wzorce kulturowe. Nie wiem, zapewne w ogromnym stopniu tak, w końcu piszę do ciebie a nie wyśpiewuję ci odpowiedzi przez telefon, bo nie mamy w Polsce takiego zwyczaju. W tym jednak wypadku mój aktualny stosunek do kultury wydaje mi się mało znaczący. Mój wybór jest głęboko subiektywny, ktoś inny na moim miejscu uznałby za właściwe postąpić całkowicie inaczej. To jednak w żaden sposób nie umniejsza jego wartości.
Choć, tak w zasadzie to mógłbym po prostu nie odpowiadać, ale temat wolnej woli wydaje mi się na tyle interesujący, że zdecydowałem się podjąć próbę przekonania Ciebie i innych do mojego zdania. Gdybym nie odpowiedział Ty mógłbyś sobie pomyśleć, iż zgadzam się z Tobą… Albo mógłbyś pomyśleć cokolwiek innego, a potem zdecydować czy to co sobie pomyślałeś można uznać za wystarczające uzasadnienie.
Według mnie wolność wyboru nie leży w wolności absolutnej, całkowicie niezależnej. Coś takiego po prostu nie istnieje. Jest jakąś ludzką idealizacją i chyba nawet nie można sobie wyobrazić sobie sytuacji w której taki wybór mógłby mieć miejsce. Nawet bogowie nie mają takiego przywileju. Według mnie wolna wola leży w możliwości wyboru tego czy innego niedoskonałego rozwiązania, ze względu na pewne wartości, które uważam za ważne przy podejmowaniu tej decyzji. Mogę zdecydować czy moje rozwiązanie będzie bardziej instynktowne, czy bardziej kulturowe, czy może zbuntowane czy jeszcze jakieś inne. Co z tego że ślinię się jak pies Pawłowa na widok sałatki owocowej, kiedy mogę powiedzieć sobie: „Nie Dru, teraz jej nie zjesz, bo zaraz wpadną do Ciebie Hoko z Komerskim i (tu należy dodać siebie, drogi czytelniku) i chciałeś ich tą sałatką poczęstować. Zjesz sobie potem choć jesteś głodny.”? Cóż z tego, że kieruję się normami społecznymi przy podejmowaniu tej decyzji? Mogłem się na nią rzucić, zjeść całą, któż mi zabroni, nie raz zdarza mi się chować co lepsze ciastka gdy goście przychodzą…
Jeśli próbujesz mnie przekonać Hoko, iż moje zachowanie nie odbiega wiele od zachowania tego czy innego zwierzaka to robisz coś zarezerwowanego dla ludzi: przekonujesz (i to jak! argumentując i rozjaśniając problem z imponującą precyzją). A ja się całkiem po ludzku oburzam.
Dru, zmartwię Cię: jak z Komerskim tam wpadniemy, to już potem nie będziesz miał co jeść
Reasumując, jest to wszystko bardzo skomplikowane i zagmatwane. I narazie dość, bo Happy bedzie czytać do Nowego Roku 
Więc oczywiście z tą “wolą” to prawda - chociaż przykład z sałatką nie koniecznie musi tu pasować. Gdybyśmy żyli w kulturze permamentnego niedoboru, to niewykluczone że byś sałatkę zjadł właśnie dlatego, że się nas spodziewasz - w takich sytuacjach może to zadecydować o przezyciu. Poza tym samo dzielenie się ma źródła biologiczne - bardzo różne, nie wszystko tu jest jasne, najczęściej mamy do czynienia z zasadą “ja tobie, ty mnie”, ale korzyści nie muszą być przekładalne wprost: np. niektórzy mogą być skłonni głodować w zamian za dobrą opinię o sobie (stąd powiedzenie “postaw się a zastaw się”); no… ja do nich chyba nie należę…
Kończąc temat chcesz się sprytnie wywinąć od zaproszenia na sałatkę owocową? Cóż… nie wątpię, że Komerski wpadnie. On już raz prawie był na kawie.
[…] na kilka słów by zapanowała jasność co do przyczyny konfliktu Kościół – ewolucjoniści: „Postęp ewolucji polega na kumulowaniu doraźnych zysków, które nie koniecznie są zyskami glob… Wszystko jest efektem nie tyle nawet przypadku, co dostosowywania się kolejnych pokoleń istot […]