Bloomsday
Kolejny z rzędu wpis w kategorii Ulisses. Obowiązkowy, bo dziś Bloomsday. To właśnie 16 czerwca w roku 1904 rozgrywa się powieściowa intryga. Co prawda wówczas wypadał akurat czwartek, ale to tylko jeszcze jeden przyczynek do reformy unijnego kalendarza. Tak czy inaczej, ja dzisiaj świętuję.
We wczorajszej Gazecie Wyborczej jest krótka wzmianka na temat tego wyjątkowego dnia: rozmowa z Piotrem Pazińskim, redaktorem naczelnym pisma “Midrasz” i autorem rozprawy “Labirynt i drzewo”, dotyczącej właśnie Ulissesa. Poruszono między innymi temat braku popularności w Polsce powieści Joyce’a. Paziński przyczyn tego dopatruje się w fakcie, iż w powieści trudno doszukać się odniesień i aluzji do otaczającej nas rzeczywistości - społecznej, a zwłaszcza politycznej. A na tym przede wszystkim zasadza się popularność współczesnej literatury. Nie do końca mnie to przekonuje, bo odniesienia, jeśli ktoś chce, może znaleźć wszędzie - a już na pewno w Irlandii z przełomu XIX i XX w. Sęk w tym, że niewiele w tej książce mówi się wprost, nie ma jasno postawionych pytań ani, tym bardziej, jasnych odpowiedzi. To labirynt, koktajl, łamigłówka. Tu nie wystarczy czytać, trzeba jeszcze myśleć. W każdym z fragmentów Księgi, które przytoczyłem we wcześniejszych wpisach, można znaleźć tego przykłady. I przytoczę jeszcze jeden, aluzję wprost do naszych czasów, dwa krótkie zdania wypowiedziane przez Stefana: Nie możemy zmienić kraju. Zmieńmy temat.
Więc zmieńmy. Ulisses to jedna z tych książek, których przeczytanie nic nie daje. Bo to nie jest książka do przeczytania; to jest książka do czytania. Tak samo jak dzieło Prousta, Kubuś Puchatek, większa część poezji. To jest labirynt z jednym ukrytym wejściem i bez wyjścia. Wejść trudno, jednak gdy już się komuś zdarzy - przepadł.
Tego wejścia też szukałem długo i czytając Ulissesa po raz pierwszy męczyłem się strasznie. Potem odłożyłem książkę na półkę z uczuciem spełnionego obowiązku, a i z niejaką dumą, że mimo wszystko dałem radę i gdyby się ktoś teraz spytał, mogę z czystym sumieniem odpowiedzieć, a jako, przeczytałem. I nie zamierzałem do lektury wracać. Kiedyś jednak, nie mając nic innego do roboty, nudząc się jakiegoś paskudnego zimowego dnia, sięgnąłem po książkę znowu, otworzyłem na chybił trafił - i przysłowiowa szczęka mi opadła. Był to ten fragment, w którym Bloom wstępuje ku chwale światłości, jakby go kto na łopacie podrzucił. Potem poszło już z górki.
Gdy po raz pierwszy dorwałem się do Internetu, wrzuciłem oczywiście tytuł powieści do wyszukiwarki - i znalazłem niewiele. Kilka informacji wydawniczych, kilka firm o nazwie “Ulisses”, kilka opini na rozmaitych portalach, wystawianych zwłaszcza przez osoby, które książce nie dały rady. Więc może i Piotr Paziński ma rację twierdząc, że w Polsce książką tą interesuje się tak naprawdę ledwie kilka osób. Mam nadzieję, że dzięki wpisom na tym blogu przybędzie jeszcze kilka. Może nawet dwudziestki się dorobimy, a wtedy będzie można już z czystym sumieniem powiedzieć, że w Polsce kilkadziesiąt osób przeczytało Ulissesa…
Ale już po dziewiątej, pan Bloom spałaszował swoją nerkę (wieprzową) i teraz zdaje się że w kościółku dywaguje o sprawach damsko-męskich…
Wesołego Dnia Blooma!
Obrazek: Roger Cummiskey: Good Puzzle would be to Cross Dublin without passing a Pub... Ilustracja pochodzi ze strony autora: rogercummiskey.com/gallery/ulysses.



Hoko!
Ja kiedyś przed laty, kiedy to potrafiłem łykać trudniejsze książki, czytałem “Ulissesa”, czytałem wtedy i Prousta, Manna czy Goethego. Teraz nie dałbym rady. Z przykrością Ci powiem, że czas tego rodzaju książek się skończył i “to se ne vrati”. Nie tylko młodzież nie czyta książek, my się także zmieniliśmy. Ja czytam relatywnie bardzo dużo, ale sam zauważyłem, że książki pochłaniane przeze mnie są innego rodzaju. Ja wiem, że mnie skrytykujesz, ale o Irlandii wolę przeczytać Wilsona “Ulicę marzycieli” i “Zaułek łgarza”.
Ale na ten temat to można napisać pracę doktorską.
Serdecznie Cię pozdrawiam
Torlinie, wcale nie mam zamiaru Cię krytykować
. Chociaż ten Wilson to rzeczy zdaje się cokolwiek romansowate, od których ja z kolei trzymam się z daleka. Ale wracając do Ulissesa - ja bynajmniej nie polecam tego jako książki o Irlandii, bo to byłoby straszne uproszczenie. Chodzi mi o to, że w krajach anglosaskich książka ta jest jednak znacznie popularniejsza niż u nas, na wyspach nieomalże kultowa - oczywiście nie znaczy to, że wszyscy ją tam czytają, to też nie. W Irlandii, dzięki promocji, jest to też źródłem niezłego biznesu. Natomiast gdybyśmy my taką powieść mieli, to jej percepcja byłaby pewnie taka, jak jest teraz i o żadnym Bloomsday nikt by nie słyszał.
To wszystko jest trochę nie tak. Po przemyśleniu doszedłem do wniosku, że mój wpis był też w poprzek. Wilson pisze o Belfaście, który jest w końcu dosyć specyficzną Irlandią.
Książka “Ulica marzycieli” nie jest powieścią miłosną, chociaż tam trochę zauroczenia jest, ale globalnie pokazuje życie w Belfaście i racje obu stron. Książka zachwycająca, znalazłem jej opis, ale link jest tak długi, że nie wiem, czy się zmieści:
http://www.polskibelfast.pl/forum/viewtopic.php?p=3319&sid=a0872e982a0ae1815da0494684cad200
jak nie wejdzie, to poszukaj jej na http://www.polskibelfast.pl.
Druga, “Zaułek łgarza” był dla mnie nie do przejścia, jest to historia nędzarza włóczącego się po ulicach i umierającego z głodu.
Mnie się wydaje, że takich książek jest trochę, ludzie jeżdżą śladami Dobrego Wojaka, Sienkiewicza na Ukrainie, śladami “Wesela” czy “Ziemi Obiecanej”. Zaręczam Ci, że większość nie czytała tej książki, tak jak w Weronie więcej niż połowa nie widziała “Romea i Julii”.
To ten “Zaułek…” mógłby mi spasować
popatrzę w bibliotece.
. Tylko jeśli będzie ich za dużo (chyba więcej niż 2), to komentarz ląduje w poczekalni.
U mnie wszystkie linki wchodzą, a jak który jest za długi, to go przycina na miarę
Torlin chyba troszkę dramatyzuje - ja nie wiem, czy kiedykolwiek było tak, że 30% społeczeństwa (jakiegokolwiek) czytywało sobie Prousta i Joyce’a. Różnica polega raczej na tym, że książki te czytali ci sami ludzie, którzy decydowali o losach innych ludzi.
A fakt faktem, że już dawno tak wielkie dzieła literackie nie powstały. Ale znając historię kultury można się spodziewać, że jeszcze przyjdzie taki czas. Sinusoida trwa - miejmy nadzieję.
Drogi Komerski!
Nigdzie nie napisałem, że 30 % społeczeństwa czytało Joyce’a i Prousta, ja przypuszczam, że 5 % nawet nie czytało. Po drugie musisz zauważyć pewną prawidłowość - młodzież nie czyta. W ogóle. Najwyżej instrukcję zainstalowania jakiegoś programu. Książki typu “powieść” i jeszcze do tego trudniejsze, będą mogły istnieć, dopóki my żyjemy.
Nie no, Torlinie, przesadzasz
O ile się zgodzę, że Joyce’a czy Prousta przeczytało mniej niż 5% (a niewykluczone, że mniej niz 1% ) to jednak co do tej młodzieży nie byłbym aż takim pesymistą. Wystarczy przyjrzeć się popularności H. Pottera - ktos to w końcu musi czytać
. Owszem, zgoda, że większość czyta rzeczy błahe, ale zawsze tak było - i w zasadzie tak byc musi, bo jednym z kryteriów definiowanaia tego, co wartościowe, jest właśnie pewna ekskluzywność, a więc i możność przyswojenia sobie przez ograniczony krąg odbiorców.
Komerski: oj tak, chętnie bym dołożył do książek, które czytam, coś nowego
To nie jest tak, Hoko, przykład z Harry Potterem nie jest dobry. Młodzież nie czyta. Koniec i kropka. Dam Ci przykład moich dzieci.
Mój ojciec ma 4 pokoje całe w szafach z książkami (i tak połowę oddał do antykwariatu), interesuje go bardzo wiele spraw. Ja mam też dużą bibliotekę, ale raczej teraz pożyczam w wypożyczalniach. Tymczasem mój syn, informatyk, ma 3 półki z książkami, na jednej jest Dean Ray Konntz (prawie wszystkie jego pozycje), a na dwóch pozostałych półkach książki z informatyki. Nie lubił czytać w ogóle, nie można było go do tego namówić, nawet “Łowcy wilków” i “Potop” były dla niego nudne. Pragnę podkreślić, że od dzieciństwa im czytaliśmy do snu i dzieciaki bardzo to lubiły.
Córka, która w szkole średniej trochę poczytała, teraz kolekcjonuje tylko Chmielewską i książki kucharskie.
Młodzież jest “wizyjna” i “krótkoterminowa”, wolą coś obejrzeć (pytanie do siostrzenicy - czytałaś “Wesele”? Ogladałam). A jeżeli czytać, np. coś w gazecie, to wiadomości krótkie i treściwe, żadne tam długie artykuły. Po drugie ludzie mający swoje lata są też niereformowalni. Ja np. uważam “Wiedźmina” za najpiękniejszą książkę polską lat 90., wszyscy moi znajomi nawet spojrzeć na nią nie chcą. Trzeba po prostu czasem zauważyć, że zmienił się świat.
Ja się jednak zgadzam z Hoko. Są młodzi ludzie, którzy czytają i to czytają z wypiekami Prousta, Kafkę, Dostojewskiego itd, itp.
Pewnie masz Torlin rację, że świat i sposób jego odbioru się jakoś zmienia. Mój przyjaciel, który uczy studentów filozofii też zauważa, że “głupieją z roku na rok” ale chcę przypomnieć, że na młodzież i jej absolutną degenerację narzekał już Platon - 2 i pół tysiąca lat temu. A świat się jakoś toczy i ktoś te książki cały czas pisze, wydaje i czyta.
A co do Wiedźmina to się zgodzę o tyle, że rzeczywiście ta książka ma coś, czego brakuje np naszemu kinu. Niesamowita sprawność i nowoczesność w formie i intrygująca a przy tym nie do końca banalna treść.
Dla mnie Wiedźmin to dobrze napisana bajka i niewiele poza tym. W konfronatcji z resztą naszej fantasy może i robić wrażenie, ale chyba tylko tutaj.
A z powieści lat 90 to choćby “Widnokrąg” Myśliwskiego. Chociaż określenie “nakpiękniejszy” to moim zdaniem do wielkich dzieł nie pasuje.
Hoko: Nie koniecznie tylko tutaj. Sapkowskiego tłumaczą i wydają praktycznie wszędzie, choć rzeczywiście ma specyfikę polską - może słowiańską - i pewnie dlatego nigdy nie stał się super internacjonałem. A że niewiele ponad bajka to fakt, ale przecież i bajki są potrzebne.
A czy to prawda, że “Lalę” Dehnela warto przeczytać?
Warto. Co prawda nie czytałem, ale fragmentów słuchałem w Dwójce i całkiem to zgrabne. I jak znajdę chwilę na polska literaturę wspólczesną, to Lala jest pierwsza w kolejce
Hi Hoko, milo, ze czytales wywiad ze mna. Masz sporo racji, a ja wyrazilem sie moze troche nieprecyzyjnie: oczywiscie, mozna w Ulissesie odnalezc watki polityczne, ktore daloby sie odczytac jako aluzje do wspolczesnej Polski. Myslalem nawet kiedys o tym: Obywatel jako ktos w rodzaju Giertycha (tyle ze Giertych chyba nie pije tyle, ile pil Obywatel), irlandzka martyrologia i niemoznosc itd. Ale ja w tej naszej krotkiej z Markiem Rapackim rozmowce myslalem raczej nie tyle o aluzjach, co modach. I w tym sensie podtrzymuje to, co powiedzialem: z jakichs powodow Ulisses nie jest/byl w POlsce modny. On jakos sie przemknal. Niby wykupiono te 40 tysiecy nakladu pierwszego wydania, ale potem - jak wspominal Slomczynski - zalegla cisza na cwierc wieku. Za malo bylo w nim aluzji do wspolczesnosci, zbyt slabo wpisywal sie w biezace spory, a moze wymagal zbyt dlugiego nad nim siedzenia, zeby stac sie popularnym zrodlem rozmaitych odniesien. A teraz tez Ulissesa nie da sie prosto przykroic: konserwatysci uwazaja, ze jest to powiesc nie tylko obrazoburcza, ale przegadana, wydziwiona formalnie i nazbyt ‘inteligencka’, nowoczesni postmodernisci widza w niej archaiczny produkt epoki, a w Joysie szowinistyczna swinie (ta maciczna Molly! itd), zwolennikow literatury patriotycznej nic ten Ulisses nie obchodzi. Do pociagu za grube. No, mozna to ciagnac. Na szczescie jest pare osob, dla ktorych to wazna ksiazka, a 16 czerwca to jakos istotny dzien w kalendarzu. To mile. Pozdrawiam! PP
Panie Piotrze, bardzo się cieszę z odwiedzin!
I z tą popularnością zgoda: to w dużej mierze sparawa mody. A w Polsce zadawanie sobie trudu - w jakiejkolwiek bądź dziedzinie - chyba nigdy nie było modne. Poza tym Polska stała na uboczu kulturowego fermentu, nowinki docierały z opóźnieniem - i tak też dotarł Ulisses, jako pewna nowinka, rzucona w zupełnie inny kontekst. A u nas zawsze dominowała zachowawczość.
No ale dzięki Internetowi tych kilka czy kilkadziesiąt osób może sobie chociaż przy święcie pogadać o interesujących ich sprawach - więc mimo wszystko jestem dobrej myśli :).
Jeśli idzie o Giertycha-Obywatela, to wydaje mi się, że rokowania są niezłe: gdyby w kolejnych wyborach LPR się nie załapało, to co mu innego pozostanie, jak się rozpić… Nawet widziałem gdzieś takie zdjęcie z Giertychem przerobionym na żula z butelką w ręce. Oby…
Pozdrowienia!