Ballada o Drwiącym Jezusie

Ja jestem najbardziej cudacznym chłopakiem,
Mam matkę Żydówkę, a ojciec jest ptakiem.
Z tym cieślą Józefem żyć w zgodzie nie mogę,
Więc zdrowie Kalwarii i uczniów i - w drogę!

*

Reinterpretacje faktów stanowiących ważny element takiej czy innej wiary zawsze budzą wiele emocji. Nie wszystkie te zdarzenia oddziałują jednak w ten sam sposób - i to zarówno gdy idzie o wywoływane emocje, czas ich życia w masowej świadomości, jak i grupy społeczne, w których zyskują największy oddźwięk.

Pasja Mela Gibsona była w momencie premiery szeroko i głośno dyskutowana, jednak niewiele wskazuje na to, by film ten miał z czasem zyskać miano “kultowego” - raczej podzieli los dużej, i coraz większej, liczby obrazów z takich czy innych względów ważnych, jednak rozpływających się w masowej produkcji. I w końcu zapewne przestanie być dyskutowanym nawet na gruncie swoim własnym - bo i tu, ze względów rozmaitych, zejdzie na plan dalszy, pozostając w pamięci znawców jedynie. To samo dotyczy filmu Franco Zeffirellego Jezus z Nazaretu - w tym przypadku ów proces odchodzenia w niepamięć możemy już obserwować. Natomiast wspomnmianą kultowość - a co za tym idzie, ponadczasowość - można bez wątpienia przypisać filmowi Martina Scorsese Ostatnie kuszenie Chrystusa. A w jakimś stopniu również książce Kazantzakisa.

Gdyż w literaturze jest podobnie. Ewangelia według Piłata Erica Shmitta była z początku dość głośna i wciąż tu i ówdzie się o tej książce słyszy, lecz to nie ona, ale powieść Dana Browna przejdzie do historii, utrwali się w masowej świadomości - mimo że uboższa literacko, mimo że nie tak głęboka psychologicznie. Lecz bynajmniej nie jest też tak, że przyczyną powodzenia Kodu miałaby być własnie jego literacka łatwość. Przyczyna leży gdzie indziej: tak powieść Browna, jak i film Scorsese trafiają bowiem w podstawowe ludzkie tęsknoty - a trafić w nie można również filozofując i budując przekaz stosunkowo trudny.

Jako że idenyfikować się z Bogiem to cecha natur na swój sposób wypaczonych. A do ludzkiej świadomości w najpełniejszy sposób trafiają te wizje, gdzie Jezus ukazywany jest przede wszystkim jako człowiek - ze wszystkimi tego konsekwencjami. Ten motyw miłości, obecny tak u Scorsese, jak i u Browna, nadaje Jezusowi rys jak najbardziej ludzki, pozwala uznać go za jednego z nas - a więc i pozwala się z nim identyfikować w stopniu znacznie większym, aniżeli jest to możliwe choćby w rzypadku Jezusa Shmitta - budzącego w nas empatię, ale mimo wszystko kogoś, kogo problemy są tak na prawdę jego problemami.

To uczłowieczanie nie jest bynajmniej wymysłem naszych czasów. Było obecne w chrześcijaństwie niemal od samego początku, a na sile i wyrazistości przybrało, gdy religia ta zyskała status oficjalnej, a jej kanon uległ skodyfikowaniu. Tyle że proces ten wkomponowywał się zawsze w swoje czasy i wiele jego przejawów z dzisiejszej perspektywy jest nierozpoznawalnych. Wiele też przetrwać nie mogło - gdyż poglądy sprzeczne z doktryną tępiono, zaś ewentualne dzieła - niszczono. Przetrwało jednak to, co zniszczyć i wykorzenić najtrudniej: wyobrażenia ludowe, rozmaite legendy (nierzadko przez hierchów dostosowywane i włączane do oficjalnej doktryny), apokryfy, rozmaite wersje alternatywne życia i śmierci Jezusa. I ta barwna - a nie rzadko też komiczna - mieszanka swoje trwanie i znaczenie zawdzięczała tym samym potrzebom, co dziś film Scorsese: potrzebie oswojenia tajemnicy wymyślonej przez uczonych i teologów, potrzebie dostosownia mitu do własnego pojmowania świata. A że czasy były inne i inna była też świadomość i wiedza odbiorców, adresatów i konsumenów, to i na innej płaszczyźnie odbywało się to oswajanie. Przede wszystkim na płaszczyźnie rytualno-magicznej, niekiedy wręcz baśniowej - i, co ważne, z ostatecznym celem rzutowanym w takie czy inne zaświaty, a nie, jak w mitach współczesnych, w doczesność. Jako że życie było w tamtych czasach ciężkie i status quo, nawet uromantycznione i uwznioślone, nie stanowiło celu godnego pożądania.

Dziś jest inaczej. Wieczność nie stanowi już w stosunku do doczesności rozwiązania idealnego - a zwłaszcza wieczność doktrynalna, ten zlepek filozofii i przesądów, odległe i obce nie wiadomo co. Zaś na to nakłada się jeszcze racjonalno-naukowy ogląd swiata, jak i rozmaite współczesne relatywizmy. Odwieczne tęsknoty i potrzeby, będące punktem wyjścia w konstruowaniu osobniczych i społecznych celów, manifestują się więc na innym gruncie. Mit został swoiście zreformowany: to co dane i zastane okazuje się również wystarczające. Zaś tło, punkt odniesienia, jakim mit jest zawsze dla naszego tu i teraz, z niegdysiejszego pewnika przekształciło się w warunek możliwości.

Nie ma więc znaczenia, że wizje Browna, Scorsese, a ostatnio i Camerona, mają wątpliwe oparcie w faktach (notabene wersje oficjalne wcale nie są pod tym względem lepsze), nie ma większego znaczenia forma przekazu, jej artystyczny kształt, i nawet sama kontrowersyjność stawianych tez i ich niezgodność z doktryną nie jest tu cechą znaczącą: wszak wnioski, jakie ze swojej badawczej (i naukowej) pracy wyciąga J.D. Crossan, są równie niepokojące, równie bulwersujące - lecz jakże przy tym mało romantyczne!

A czy Brown i Scorsese sami wierzą w to, co nam w swoich dziełach oznjmiają?

*
Jeżeli ktoś w boskość mą wątpi, to sobie
Nie łyknie za darmo, gdy wina narobię,
Lecz będzie pił wodę i modlił się o to,
Bym wino oddając znów zrobił je wodą.

*

Tak samo można zapytać, jak z owymi pomysłami godzą swoją wiarę ludzie porwani przez te wizje - bo przecież to nie ateiści stanowią największą część odbiorców tych dzieł. Lecz tak jak Crossan musiał - i zdołał - pogodzić swoją wiarę z pewnymi oczywistościami, które były wynikiem biblistycznych i historycznych badań, i które bynajmniej nie szły z tą wiarą w parze, tak i - tym bardziej - statystyczny odbiorca przkazów wszelakich potrafi te rzeczy sobie ułożyć. Jako że owo przechodzenie do porządku dziennego nad rozmaitymi wewnętrznymi sprzecznościami jest immanentna cechą wiary jako takiej - wiary będącej wynikiem wewnętrznej potrzeby. A potrzebom, nawet jeśli ich fundament jest niezmienny, ostateczny kształt nadaje bieżąca rzeczywistość.

Proces, o którym była mowa, proces personalizacji prawd oficjalnych, jest zjawiskiem powszechnym. Najlepiej widać go w przypadku bezpośrednich odwołań do rzeczywistości mitycznej, kryje się on jednak pod podszewką większości artystycznych czy intelektualnych tworów - w taki czy inny sposób odwołując się do owej rzeczywistości: tyle że relacje są tutaj stanowione nie wprost, skryte w niuansach, niekiedy przebłyskują tylko refleksami znaczeń. Tak jest w poezji Rilkego, tak jest w literackim dorobku Miłosza.

Twórczość Czesława Miłosza, tak przecież w wielu aspektach odstrychnięta nie tylko od owego nurtu racjonalnego, do którego poeta zawsze należał, ale i od spojrzenia “normalnej” religijności - i to zarówno religijności doktrynalnej teologów, jak i religijności codziennej, ludowej - otóż twórczość ta i te poszukiwania wpasowują się właśnie w ów nurt budowania, konstruowania sobie transcendencji (i wieczności) na własną miarę i na własne potrzeby. Te rozmaite tęsknoty poety wyrastają z takich samych porzeb, co i akceptacja dla przeformułowanych mitów u Browna i Scorsese. U Miłosza jest więcej filozofii, jest więcej szczegółowych dociekań, więcej niepewności - ale cel wydaje się być tak samo osobisty i tak samo zakorzeniony w jakichś pierwotnych ludzkich instynktach.

I gdy mówiąc o życiowo-doktrynalnych zawiłościach, poeta stwierdza, że tak na prawdę nic z tego nie rozumie, to, w podtekście, w czytaniu między wierszami, do którego uprawniają nas inne jego wypowiedzi, czai się konstatacja nieomal bluźniercza: że to wszystko jest nie tylko niezrozumiałe, ale i niepotrzebne.

Prawda jest bowiem taka, że owa wieczność, którą oferują nam rozmaite doktryny, to nie coś leszego, ale ledwie namiastka naszego tu i teraz, wyolbrzymiona i sztucznie dowartościowana przez nieuchronność śmierci; to dar na miarę owego przysłowiowego konia, któremu nie zagląda się w zęby. Cóż nam po niej, cóż po tej wiecznej szczęśliwości, jeśli pozbawiona będzie odrobiny choćby smutku, jaki nawiedza nas, gdy patrzymy o zmroku na niknące za horyzontem słońce…

*
Żegnajcie, żegnajcie. Zapiszcie me słowa.
Powiedzcie tym czterem, że żyję od nowa.
Co boskim jest we mnie, uniesie w dal mnie.
Na Górze Oliwnej wiatr wieje… Adieu!

Tekst Ballady: J. Joyce: Ulisses. Przekład Macieja Słomczyńskiego.

10 Responses to “Ballada o Drwiącym Jezusie”

  • komerski :: 12-04-2007 :: 11 : 15

    Ja wypowiadając się na podobne tematy prowadzę tylko intelektualną grę - nie czuję nic z tych rzeczy, ale mam wrażenie, że owo uczłowieczanie, o którym piszesz to, trochę też wyraz nie tylko “oswajania”, co duchowego “pójścia na łatwiznę”. Absolutna Tajemnica zostaje w nim zredukowana do Takiego Samego z Drobną Różnicą. Chrystus-Taki-Jak-My jest strawniejszy dla umysłów, niż To-Co-Całkiem-Inne. Strawniejszy i mniej wymagający. W końcu, to taki “bardziej święty” kumpel… a nie Obca Istota narzucająca swą mocą sposób życia…

  • Hoko :: 12-04-2007 :: 11 : 44

    Moje “czucie” też polega raczej na wczuwaniu się w innych. A czy tajemnica zostaje zredukowana, to już kwestia podejścia: żeby mówić o redukcji, należy najpierw założyć jej (tajemnicy) rzeczywiste istnienie. A jeżeli dowieść tego istnienia nie sposób, to tajemnica sprowadza się do tajemnicy subiektywnej i osobistej - i nie może tu być mowy o wartościowaniu tajemnic.

  • komerski :: 12-04-2007 :: 15 : 51

    No na potrzeby dyskusji można założyć. To istnienie. Na niektóre tematy nie da się rozmawiać bez - choćby tymczasowego - założenia tego, czego kiedy indziej w życiu byśmy nie pomyśleli.
    Poza tym fakt historyczny jest wg mnie (trywializując) taki, że dla ludzi Średniowiecza Bóg był Wielką Tajemnicą, Groźbą i Nadzieją. Teraz jest czasem, od święta odkurzanym zdjęciem przodka, które stoi gdzieś tam na kominku.

  • dru' :: 12-04-2007 :: 20 : 26

    Hmm… Stanowisko Boga w tej sprawie jest raczej jasne. :)
    Wiara nie jest uprzejmym tudzież zlęknionym gestem człowieka w kierunku Boga. Jest bożym darem. Człowiek mówi Bogu: chcę w Ciebie wierzyć, a Bóg odpowiada: Ależ proszę! Oto Twoja wiara. W zasadzie prosta sprawa. :D
    Przy takim postawieniu sprawy niewierzący nie może zrozumieć co czuje wierzący, a wierzący nie ma żadnej możliwości wytłumaczyć niewierzącemu co on czuje.
    Trochę to w zasadzie dziwne, ale tak właśnie to widzę.

  • happyguy :: 12-04-2007 :: 22 : 03

    To wcale nie jest dziwne, Ty to bardzo dobrze widzisz!
    Tylko że w gruncie rzeczy nie uwzględniłeś typu ludzi “wierzący - niepraktykujący”, który w zasadzie w Boga wierzy, ale jednak nie. I tu jest gwóźdź, bo Bóg jeden wie, co taki czuje.

  • dru' :: 12-04-2007 :: 22 : 39

    Mój pogląd jest skrajnie indywidualny (indywidualistyczny?). Nie da się powiedzieć absolutnie nic pewnego na temat czyjeś wiary i jeszcze mniej na temat tego czy i jak ją praktykuje. Zgodzimy się pewnie, że regularne wizyty w miejscach kultu religijnego są nijakim wskaźnikiem.
    Zgadzam się więc z Twoim wnioskiem happyguy, ale spojrzałbym na niego raczej optymistycznie. Bo co to nas wszystkich tak na prawdę obchodzi jak ktoś praktykuje swoją wiarę? Niech sobie praktykuje jak chce, byleby innym krzywdy nie robił.
    Stwierdzenie “wierzący-niepraktykujący” jest wynikiem namieszania ludziom w głowach i broniłbym stwierdzenia, że jedynymi organizacjami, którym zależy na utrzymywaniu tego dziwnotworu :) są organizacje religijne (większość z nich). Bo one chcą abyśmy się czuli zobowiązani praktykować swoja wiarę w taki sposób jak one sobie to wymyśliły.

  • komerski :: 13-04-2007 :: 05 : 44

    Ja tu węszę u Was siarczany zapach herezji:) Przecież - przynajmniej w katolicyzmie nie jest tak, że człowiek może sobie wybrać swój sposób wierzenia, a zwłaszcza praktykowania. Są jasno i sztywno określone przez kościół kanony zachowań rytualnych i bez nich nie ma możliwości bycia katolikiem. Poza kościołem nie ma zbawienia - to już bardzo dawno ktoś od nich napisał.
    A to, co dzieje się w głowach (sercach?) wierzących interesuje bardziej protestanckich duchownych.

  • dru' :: 13-04-2007 :: 07 : 51

    Kościół Katolicki chyba stara się jakoś omijać ten problem, że wiara jest darem Bożym, a nie zestawem uświęconych tradycją gestów. Od czasu do czasu, jakiemuś księdzu się wymsknie coś na ten temat.
    Odnośnie herezji druidhiańskiej to ja już tak mam, że najpierw wierzę, potem myślę, a na końcu staram się być religijny. :)
    Kiedyś jeden całkiem mądry ksiądz powiedział mi, że z wiarą to jak z wycieczką z Bielska do Krakowa. Można jechać najkrótszą trasą przez Andrychów, a można i jakąś bardzo okrężną drogą. A że był sympatyczny to nie chciałem mu mówić, że przez Andrychów są najgorsze korki i jak się pojedzie opłotkami to zaoszczędzi się połowę czasu. ;D

  • Hoko :: 13-04-2007 :: 09 : 27

    Komerski: poniekąd potwierdzasz to, co powiedziałem. Założyć można wszystko, a mi chodziło jeszcze o uprawomocnienie. To musi być arbitralne. Tajemnica Trójcy Swiętej może być na tym gruncie równie dobra, co i Tajemnica Kodu. Warunki zewnętrzne, aktualna rzeczywistość stanowią grunt, z którego wyrastają uprawomocnienia. W średniowieczu grunt był inny, dziś jest inny. Widać to zresztą i w samym kościele - reformy soborowe zupełnie katolicyzm odmieniły i teoretycy ze średniowiecza uznaliby te zmiany pewnie za herezję. Kościół, jako instytucja hierarchiczna, tradycjonalna i scentralizowana jest mało podatny na tego typu zmiany, więc i ten proces nie jest tu tak widoczny jak w innych obszarach podlegających uświatopoglądowieniu. A jednocześnie zbyt wiele zmian jest zagrożeniem, bo relatywizuje pojęcie trwałej i niezmiennej Prawdy, do której religie się zawsze odwołują (przynajmniej te z naszego kręgu kulturowego).

    A człowiek, nawet w katolicyzmie, może sobie wybrać swój sposób wierzenia - byle się z nim publicznie nie obnosił. :D Zreszą tych wszystich doktrynalnych założeń i tak żaden normalny wierzący nie zna, więc de facto wierzy na swój sposób - co najwyżej można powiedzieć, że wierzy na swój sposób - w dobrej wierze…

  • dru' :: 13-04-2007 :: 11 : 46

    W sprawie sprecyzowania pojęcia “sposób wierzenia”
    Wydaje mi się że wybrać można sobie sposób bycia religijnym. Można być katolikiem (mniej lub bardziej), ewangelikiem… Natomiast sama wiara nie leży w obszarze racjonalnego decydowania. Nie mogę sobie powiedzieć: od dziś wierzę w to i to.
    Chyba brakuje słowa w języku polskim. Czym innym jest wiara w Boga, a czym innym przestrzeganie religijnych obowiązków. Nie zmienia to faktu, że i jedno i drugie każdy realizuje na swój zindywidualizowany sposób (dobrze jak w dobrej wierze :) ) Nie sposób znać wszystkich szczegółów danej religii.

    BTW kiedyś miałem okazję zapoznać się ze bardzo bardzo szczegółowymi ustaleniami dotyczącymi seksu (oczywiście tylko małżeńskiego). Od tego czasu wierzę :), że gdzieś w Watykanie istnieją zalecenia dotyczącego katolickiego korzystania z sedesu.

*
Dodaj komentarz

* * *

obrazy
Komentowane

* * *

.